W Polsce coraz częściej słyszymy, że bezpieczeństwo kosztuje – i to coraz więcej. Wydatki na wojsko rosną w rekordowym tempie, a rządzący podkreślają, że w obecnej sytuacji geopolitycznej nie ma alternatywy dla silnej armii. To prawda. Problem w tym, że w tej samej debacie niemal nie pojawia się pytanie: czy państwo robi wszystko, aby ograniczać własne koszty funkcjonowania?Bo zanim zaczniemy szukać nowych pieniędzy, warto sprawdzić, ile kosztuje sam system władzy. Prawie 50 tysięcy złotych miesięcznie W 2026 roku bezpośredni miesięczny koszt jednego posła wynosi średnio około 47 900 zł. W tej kwocie mieszczą się: uposażenie poselskie (brutto) – 13 872 zł dieta parlamentarna – 4 335 zł ryczałt na prowadzenie biura – 25 000 zł zakwaterowanie – ok. 4 700 zł Łącznie daje to 574 884 zł rocznie na jednego parlamentarzystę. A to tylko podstawowe wydatki. Do tego dochodzą jeszcze podróże krajowe i zagraniczne, delegacje czy inne koszty funkcjonowania parlamentu. W samym 2025 roku na krajowe loty posłów wydano ponad 8 milionów złotych. W praktyce zdarzają się przypadki, gdy przy maksymalnym wykorzystaniu limitów ryczałtów i podróży koszt jednego parlamentarzysty przekracza 60 tysięcy złotych miesięcznie. Rekordowy budżet parlamentu Jednocześnie budżet Sejmu rośnie z roku na rok. W 2025 roku wyniósł aż 849,6 mln zł – najwięcej w historii. Szczególnie dużo emocji budzą ryczałty na biura poselskie, które w 2026 roku wynoszą 25 tys. zł miesięcznie. Z tych pieniędzy finansowane są pensje pracowników, wynajem lokali czy koszty administracyjne. Problem polega na tym, że kontrola efektywności tych wydatków bywa w praktyce ograniczona. Polska a USA – liczby, które dają do myślenia Ciekawie wygląda porównanie z innymi państwami. W Polsce żyje około 37 milionów ludzi, a parlament liczy 560 osób (posłów i senatorów). W Stanach Zjednoczonych populacja przekracza 347 milionów, a liczba parlamentarzystów z prawem głosu w Kongresie to 535 osób. Oznacza to, że: w Polsce jeden parlamentarzysta reprezentuje około 81 tysięcy obywateli, w USA około 750 tysięcy obywateli. Różnica jest niemal dziewięciokrotna. Czy można byłoby wydać mniej? Od lat pojawiają się propozycje zmian, które mogłyby ograniczyć koszty funkcjonowania parlamentu. Jedną z nich jest zmniejszenie liczby posłów i senatorów. Szacuje się, że redukcja liczby parlamentarzystów o 20 procent mogłaby przynieść około 40 mln zł oszczędności rocznie. Kolejne pieniądze można byłoby odzyskać poprzez: ograniczenie kilometrówek i kosztów podróży, dokładniejszą kontrolę wydatków biur poselskich, likwidację niektórych odpraw i dodatków. W zależności od zakresu zmian oszczędności mogłyby sięgnąć nawet 100 mln zł rocznie. W skali całego budżetu państwa to oczywiście niewielka kwota. Ale symbolicznie – ogromna. Państwo jak firma? Dlaczego nie W prywatnym biznesie podstawą funkcjonowania są trzy proste zasady: kontrola kosztów, efektywność i odpowiedzialność za pieniądze. Każdy większy wydatek musi być uzasadniony. Każdy projekt ma mierniki efektywności. Każda decyzja opiera się na analizie danych i ryzyka. Państwo bardzo rzadko działa według takich zasad. A przecież w czasach, gdy mówi się o miliardach na obronność, infrastrukturę czy transformację energetyczną, myślenie przedsiębiorcze w zarządzaniu państwem powinno być standardem, a nie wyjątkiem. Obywatele patrzą Debata o kosztach funkcjonowania władzy nie dotyczy tylko pieniędzy. Dotyczy również zaufania. Bo dla wielu obywateli najważniejsze pytanie brzmi dziś nie tylko: ile państwo wydaje, ale także czy potrafi zacząć oszczędzać od siebie. W czasach rosnących wydatków na bezpieczeństwo i rekordowych budżetów państwa jedno pozostaje pewne – transparentność i odpowiedzialność finansowa władzy będą dla społeczeństwa coraz ważniejsze.
Bo zanim zaczniemy szukać nowych pieniędzy, warto sprawdzić, ile kosztuje sam system władzy.
W 2026 roku bezpośredni miesięczny koszt jednego posła wynosi średnio około 47 900 zł. W tej kwocie mieszczą się:
uposażenie poselskie (brutto) – 13 872 zł
dieta parlamentarna – 4 335 zł
ryczałt na prowadzenie biura – 25 000 zł
zakwaterowanie – ok. 4 700 zł
Łącznie daje to 574 884 zł rocznie na jednego parlamentarzystę. A to tylko podstawowe wydatki. Do tego dochodzą jeszcze podróże krajowe i zagraniczne, delegacje czy inne koszty funkcjonowania parlamentu.
W samym 2025 roku na krajowe loty posłów wydano ponad 8 milionów złotych.
W praktyce zdarzają się przypadki, gdy przy maksymalnym wykorzystaniu limitów ryczałtów i podróży koszt jednego parlamentarzysty przekracza 60 tysięcy złotych miesięcznie.
Jednocześnie budżet Sejmu rośnie z roku na rok. W 2025 roku wyniósł aż 849,6 mln zł – najwięcej w historii.
Szczególnie dużo emocji budzą ryczałty na biura poselskie, które w 2026 roku wynoszą 25 tys. zł miesięcznie. Z tych pieniędzy finansowane są pensje pracowników, wynajem lokali czy koszty administracyjne. Problem polega na tym, że kontrola efektywności tych wydatków bywa w praktyce ograniczona.
Ciekawie wygląda porównanie z innymi państwami.
W Polsce żyje około 37,5 mln ludzi, a parlament liczy 560 osób (posłów i senatorów).
W Stanach Zjednoczonych populacja przekracza 347 milionów, a liczba parlamentarzystów z prawem głosu w Kongresie to 535 osób.
Oznacza to, że:
w Polsce jeden parlamentarzysta reprezentuje około 81 tysięcy obywateli,
w USA około 750 tysięcy obywateli.
Różnica jest niemal dziewięciokrotna.
Od lat pojawiają się propozycje zmian, które mogłyby ograniczyć koszty funkcjonowania parlamentu. Jedną z nich jest zmniejszenie liczby posłów i senatorów.
Szacuje się, że redukcja liczby parlamentarzystów o 20 procent mogłaby przynieść około 40 mln zł oszczędności rocznie. Kolejne pieniądze można byłoby odzyskać poprzez:
ograniczenie kilometrówek i kosztów podróży,
dokładniejszą kontrolę wydatków biur poselskich,
likwidację niektórych odpraw i dodatków.
W zależności od zakresu zmian oszczędności mogłyby sięgnąć nawet 100 mln zł rocznie.
W skali całego budżetu państwa to oczywiście niewielka kwota. Ale symbolicznie – ogromna.
W prywatnym biznesie podstawą funkcjonowania są trzy proste zasady: kontrola kosztów, efektywność i odpowiedzialność za pieniądze.
Każdy większy wydatek musi być uzasadniony. Każdy projekt ma mierniki efektywności. Każda decyzja opiera się na analizie danych i ryzyka.
Państwo bardzo rzadko działa według takich zasad.
A przecież w czasach, gdy mówi się o miliardach na obronność, infrastrukturę czy transformację energetyczną, myślenie przedsiębiorcze w zarządzaniu państwem powinno być standardem, a nie wyjątkiem.
Debata o kosztach funkcjonowania władzy nie dotyczy tylko pieniędzy. Dotyczy również zaufania.
Bo dla wielu obywateli najważniejsze pytanie brzmi dziś nie tylko: ile państwo wydaje, ale także czy potrafi zacząć oszczędzać od siebie.
W czasach rosnących wydatków na bezpieczeństwo i rekordowych budżetów państwa jedno pozostaje pewne – transparentność i odpowiedzialność finansowa władzy będą dla społeczeństwa coraz ważniejsze.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze