Prowadzone w Poznaniu śledztwo, które dotyczy okoliczności zaniechania przeprowadzenia sekcji zwłok ofiar katastrofy smoleńskiej zostało przedłużone o dwa miesiące - podaje "Nasz dziennik". Prokuratorzy zamierzają przesłuchać jeszcze jednego świadka, potem zadecydują, jaki będzie dalszy tok śledztwa.
Zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa złożył mec. Piotr Pszczółkowski, pełnomocnik części rodzin ofiar, m. in. Jarosława Kaczyńskiego. Pszczółkowski zawarł w nim podejrzenie mataczenia i niedopełnienia obowiązków służbowych, które miało skutkować nieprzeprowadzeniem powtórnych sekcji zwłok ofiar katastrofy smoleńskiej, już w Polsce.
Pszczółkowski przypomina, że w tej sprawie wypowiedział się 22 kwietnia br. na łamach "Gazety Wyborczej" prokurator generalny Andrzej Seremet. Przełożony prokuratorów stwierdził, że "nie było konieczne wykonywanie sekcji w Polsce", co miało być wyraźną sugestią, jak prowadzić śledztwo.
Zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa wpłynęło do prokuratury w ubiegłym roku. Ze względu na zachowanie obiektywności trafiło ono do Poznania, a dodatkowo prowadzi je cywilny prokurator Jacek Berdyj.
Są dowody na kolejne fałszerstwo strony rosyjskiej. "Gazeta Polska Codziennie" wskazuje, że zapisy z nagrań czarnych skrzynek tupolewa, który uległ katastrofie smoleńskiej, mają dwie rozbieżne wersje. Co ciekawe, rosyjską błędną wersję podano również w raporcie Millera.
"GPC" pisze, że Rosja przekazała Polsce zmanipulowane kopie nagrań z czarnych skrzynek tupolewa, a oszustwo dotyczy jednej z kluczowych komend wieży kontrolnej, którą Rosjanie podali dowódcy Tu-154M Arkadiuszowi Protasiukowi.
Gazeta przypomina, że Tu-154M był źle sprowadzany przez rosyjskich kontrolerów. Wieża w Smoleńsku podawała polskiej załodze komendę „na kursie, na ścieżce”, mimo że samolot tam się nie znajdował. Utwierdziło to pilotów w błędnym przekonaniu, że znajdują się na właściwym kursie.
Obecnie okazuje się, że istnieją dwie wersje jednej z komend wydawanych przez rosyjskich kontrolerów. W jednej wersji kontroler wydaje pilotowi komendę: „101 odległość dziesięć wejście na ścieżkę”. W drugiej: „101 odległość dziewięć wejście na ścieżkę”.
"GPC" przypomina, że szefowa MAK Tatiana Anodina w prezentacji multimedialnej pokazującej zapis lotu Tu-154M wskazywała fragment stenogramów, w którym odczytała komendę wypowiedzianą po rosyjsku jako: „101 odległość dziesięć, wejście na ścieżkę”, a jednocześnie pokazywała wizualizację, na której wskazywała wyraźnie… „odległość dziewięć”.
W ekspertyzach wykonanych na kopiach skrzynek CVR przez Centralne Laboratorium Kryminalistyczne Policji (na zlecenie komisji Jerzego Millera) i Instytut im. Sehna w Krakowie (na zlecenie prokuratury wojskowej) biegli odczytali komendę wypowiedzianą po rosyjsku jako „odległość dziewięć, wejście na ścieżkę”.
Sprawa rosyjskiego fałszerstwa była potrzeba stornie rosyjskiej.
Przyczyną manipulacji może być próba wyjaśnienia braku reakcji KLS (wieży) na odchylenia położenia samolotu Tu-154M od obowiązującej ścieżki podejścia poza dopuszczalną tolerancję – czyli próba ukrycia błędu rosyjskich kontrolerów
- podaje "GPC".
Gazeta wskazuje również, że z niewiadomych przyczyn zmanipulowany zapis rosyjski został skopiowany przez polską rządową komisję, kierowaną przez Jerzego Millera.
„GPC” zaznacza, że do dziś nie wiadomo, dlaczego członkowie komisji Millera odrzucili wynik własnej ekspertyzy fonoskopijnej kopii nagrania czarnej skrzynki Tu-154M, w której zapisano odczyt „101 odległość dziewięć wejście na ścieżkę”.
I dalej pitolenie o pierdołach nie mających żadnego znaczenia. To co w końcu było? Hel, meaconing, wielki ruski magnes, bomba baryczna, rakieta, bomba, 15 małych bombek? A w kokpicie do 20 odliczał minutnik do jajek? Rozpoczęcie odejścia na wysokości 15 metrów nad ziemią (poniżej poziomu pasa) przy warunkach poniżej minimów i nieustabilizowanym podejściu (zbyt duże prędkości opadania i postępowa) to zupełnie naturalna sprawa i nie ma co o tym wspominać? Zlitujcie się już...
To co w końcu było? Hel, meaconing, wielki ruski magnes, bomba baryczna, rakieta, bomba, 15 małych bombek? A w kokpicie do 20 odliczał minutnik do jajek?
Raport p.Maciarewicza jest ogólnie dostępny,można się z nim zapoznać,wskaż mi w który miejscu rzeczonego dokumentu znajdują się tezy o których to byłeś tak miły wspomnieć?(Komisja Millera nie badała wraku,pancernej brzozy,nie miała i nie ma dostępu do oryginalnych czarnych skrzynek,Rosjanie do tej pory nie zwrócili telefonu Prezydenta Lecha Kaczyńskiego,broni Borowców,nie przeprowadziła sekcji zwłok)więc masz rację WSZYSTKO JUŻ JEST KLAROWNE!!!
[quote=] Raport p.Maciarewicza jest ogólnie dostępny,można się z nim zapoznać,wskaż mi w który miejscu rzeczonego dokumentu znajdują się tezy o których to byłeś tak miły wspomnieć?(Komisja Millera nie badała wraku,pancernej brzozy,nie miała i nie ma dostępu do oryginalnych czarnych skrzynek,Rosjanie do tej pory nie zwrócili telefonu Prezydenta Lecha Kaczyńskiego,broni Borowców,nie przeprowadziła sekcji zwłok)więc masz rację WSZYSTKO JUŻ JEST KLAROWNE!!! [/quote]
Wszystkie teorie, o których napisałem powyżej były przedstawiane w mediach przez przedstawicieli tejże komisji. Komisja Millera badała zarówno wrak jak i brzozę (również polecam lekturę raportu). Nagrania dwóch rejestratratorów katastroficznych były kopiowane w obecności przedstawicieli tejże komisji, oryginały były badane i nie stwierdzono ingerencji w ich zapisy. Co najważniejsze, wbrew temu co piszesz, jeden z rejestratorów (ATM-QAR, zapisujący parametry lotu) był odczytywany w Polsce i Rosjanie nigdy nie mieli do niego dostępu. Oczywiście, jeśli chodzi o zwrot telefonu czy broni masz całkowitą rację i Rosjanie w oczywisty sposób grają na wzmaganie napięcia w Polsce, nie tylko w tych przypadkach. Tylko pytanie jakie realnie ma to znaczenie dla sprawy? Żadne. Napisałeś(aś) o tzw. "pancernej brzozie" - dla jasności - jest to bardzo ładne i chwytliwe PR-owe określenie wymyślone przez p. Macierewicza. Problem w tym, że od a do z nieprawdziwe. Skrzydło samolotu służy w uproszczeniu do dwóch rzeczy: rozdzielania strug powietrza oraz wytwarzania siły nośnej i przenoszenia jej na kadłub. W żadnym przypadku nie jest przeznaczone do koszenia drzew. Jak kończy się spotkanie z przeszkodami terenowymi możesz sobie poczytać np. tutaj: http://pl.wikipedia.org/wiki/Katastrofa_
lotu_Northwest_Airlines_255 albo zobaczyć: http://www.youtube.com/watch?v=AZjMbhaZ-
LI (12 i 25 sekunda). Zapisy rejestratorów paramterów lotu i rozmów pokazują niestety całkowicie klarowny i jednoznaczny obraz. Uważam, że p. Macierewicz jest wyjątkowym szkodnikiem także dlatego, że swoimi paranoicznymi i absurdalnymi twierdzeniami w zasadzie całkowicie zablokował dyskusję na ten temat. A ciekawych pytań można zadać wiele, np.: - Jak wyglądało wdrażanie zaleceń z raportu po katastrofie w Mirosławcu i jak to możliwe, że dwa lata później następuje bliźniaczo podobny wypadek? - Dlaczego nie zbadano innych przypadków lądowań poniżej minimów w wykonaniu załóg z 36 pułku (ze stenogramów z rejestratora rozmów feralnego lotu wiemy o przynajmniej jednym takim przypadku)? - Kiedy ostatnio załoga PLF101 ćwiczyła odejście przy podejściu nieprecyzyjnym? - Jak to możliwe, że instrukcje operacyjne obowiązujące w 36 pułku przewidywały użycie radiowysokościmierza w końcówce podejść w warunkach IFR? Można by tak dłużej wymieniać, tylko kogo interesują takie niuanse, skoro wiadomo, że były dwa wybuchy (czy raczej jak ostatnio twierdził jeden z "ekspertów" samozwańców już "wiele małych wybuchów")?
Berczyński o zespole Laska: „Będą szukali dziury w całym, jakiegoś wyjścia, żeby wyszło na ich. Zaangażowali w to cały swój autorytet, kariery” Z dr. inż. Wacławem Berczyńskim, wieloletnim konstruktorem lotniczym Boeinga, rozmawia Piotr Falkowski Powstały niedawno zespół, mający wyjaśniać raport komisji Millera pod kierunkiem dr. Macieja Laska, ogłosił, że jest gotów do spotkania z ekspertami zespołu parlamentarnego, ale pod pewnymi warunkami. Kiedy spotkanie?
– Pan Lasek wydał oświadczenie cytowane przez media, w którym mówi o swojej propozycji, żebyśmy przedstawili dowody naszych ustaleń. „Przypominamy, że propozycja zespołu skierowana została do panów Berczyńskiego, Biniendy i Nowaczyka” – pisze dosłownie, wymieniając te trzy nazwiska. Otóż ja żadnego listu od pana Laska z żadną propozycją nie dostałem. Korzystając z okazji, proszę, żeby podał, kiedy i na jaki adres wysłał ten list albo powinien przeprosić. To mnie uderzyło, że on mówi takie rzeczy zupełnie nieprawdziwe. Jestem w kontakcie także z wymienionymi kolegami i wiem, że oni również żadnego listu nie dostali. Słyszałem, że wysłał list do pana Macierewicza. Potem niby dziwi się w swoim oświadczeniu, że mu odpowiedział Macierewicz. Wyobraźmy sobie jednak, że jakoś w końcu dojdzie do spotkania obu zespołów. Jak Pan sobie je wyobraża?
– My w trójkę i jeszcze dr inż. Szuladziński mamy określone specjalizacje. Dla mnie najbardziej naturalne byłoby, żeby z ich zespołu został wytypowany ktoś, kto się zna na konstrukcjach lotniczych, tak jak ja; na metodzie elementu skończonego – jak Binienda i tak dalej. Niech rozmawia Berczyński z odpowiednikiem Berczyńskiego, a Binienda z odpowiednikiem Biniendy. Jeśli chodzi o mnie, to niech znajdą inżyniera, który jest konstruktorem samolotów, zna się na analizie strukturalnej. Wtedy moglibyśmy sobie porozmawiać fachowo, bo będziemy mówili tym samym językiem na ten sam temat. Wówczas zapewniam, że nie będziemy mówić o polityce, tylko o wytrzymałości. Obawiam się, iż cały problem nie leży w tym, jak będzie zorganizowane to spotkanie, tylko w tym, że oni takich specjalistów od naszych konkretnych specjalności nie mają. Wypowiada się głównie pan Lasek, który podaje, że jest specjalistą od aerodynamiki. To akurat nie jest moja dziedzina. Maciej Lasek chce, żeby to spotkanie było zamknięte dla mediów.
– Nie wiem, dlaczego. Uważam, że spotkanie musi być co najmniej dokumentowane. Żeby później ktoś nie twierdził, że ja powiedziałem coś, czego nie powiedziałem. Dla mnie osobiście nie ma takiego znaczenia, czy to będzie publicznie, czy nie. Natomiast musi być prowadzony zapis. Aby potem ktoś nie rozgłaszał, że Berczyński powiedział, iż samolot buduje się z gliny czy coś podobnego. Niestety nie mamy takiego zaufania do zespołu pana Laska, żeby być pewnym, że niczego nie przekręcą. Kolejny warunek stawiany przez Macieja Laska to wcześniejsze przedstawienie dowodów na potwierdzenie Panów stanowiska.
– Co do mnie, to miałem wystąpienie na konferencji smoleńskiej w październiku, które jest łatwo dostępne, niedawno wyszły też wszystkie referaty w druku. Czego oni jeszcze chcą? Są tam zdjęcia pochodzące z raportu Millera, które ja omawiam, wszystko szczegółowo opisując: ile jest nitów, jak zerwane itd. Potem są dość proste obliczenia, które można wykonać na dowolnym komputerze przy użyciu prostego arkusza kalkulacyjnego. Ma taki pracownia komputerowa w każdej szkole średniej. I jest bibliografia wszystkich danych o właściwościach materiałów, na jakie się powołuję. Ale mogę to wszystko jeszcze raz powtórzyć. A nawet pomnożyć na tablicy. Tak samo Nowaczyk. Analizował materiały komisji Millera, a więc ich materiały. Te analizy są również publicznie dostępne. A więc jakie dowody? To pan Lasek powołuje się na dane rejestratorów, które są utajnione. O czym chciałby Pan porozmawiać z zespołem Laska?
– Chciałbym ich przede wszystkim zapytać o rysunki techniczne samolotu. Żebym nie musiał zgadywać, gdzie jakie są grubości, jakie są nity, i podobnych informacji. Żeby mi powiedzieli, że to, co widać na zdjęciu, to jest ta część z określonego rysunku, na którym są wszystkie wymiary. Wtedy mogę wykonywać dokładne obliczenia, takie jak robiłem przez lata w Boeingu. Wtedy potrafiłbym powiedzieć, jaka siła wystąpiła podczas katastrofy, z dokładnością do kilku procent. Bez tych rysunków cała dyskusja techniczna jest bezprzedmiotowa. Oni te rysunki muszą mieć. A jeśli nie mają, to znaczy, że nie są profesjonalni. Żaden inżynier nie będzie rozmawiał bez rysunków technicznych i danych materiałowych. Bez nich jest tylko zgadywanie i przybliżanie. My na razie jesteśmy na to skazani. Na Zachodzie takie dane można byłoby łatwiej zdobyć niezależnie, w Rosji niestety wszystko jest tajne. Ustalenia zespołu parlamentarnego są zupełnie odmienne niż komisji Millera. Wierzy Pan, że da się do czegoś przekonać drugą stronę?
– Niestety nie. Oni są nastawieni na pewien punkt widzenia i trzymanie się swojej wersji. Co bym nie powiedział, będą szukali dziury w całym, jakiegoś wyjścia, żeby wyszło na ich. Zaangażowali w to cały swój autorytet, kariery itd. Zmiana zdania to byłoby nawrócenie. Trudno mi w nie uwierzyć. Nie boi się Pan, że to oni przekonaliby Pana do swoich racji?
– Szczerze mówiąc nie. Wiem, co mówię. Znam się na konstrukcjach lotniczych. Statki powietrzne, których wytrzymałość materiałów obliczałem, istnieją i latają. Boeing po coś mnie trzymał przez ponad 20 lat. Ale to nie tak, że ja się jakoś uparłem i będę szedł w zaparte. Jeśli pokażą mi jakieś całkiem nowe elementy tego zdarzenia, z których będzie wynikało coś zupełnie innego niż z dotychczas dostępnych faktów, to je oczywiście wezmę pod uwagę. Staram się być szczery i otwarty. Nie wykluczam, że są jakieś fakty, o których ja nie wiem. Ale te, o których wiem, nie dają się wytłumaczyć inaczej. Maciej Lasek w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” wymienił całą listę swoich studiów i szkoleń, na potwierdzenie posiadanych kwalifikacji. Z drugiej strony zarzuca Panom brak podobnych kompetencji.
– Skończyłem politechnikę na wydziale mechanicznym, zrobiłem doktorat z metody elementu skończonego. Dwa lata byłem w koncernie Canadair, miałem tam kursy na temat zniszczeń wypadkowych. Potem pracowałem w Corpus Christi w Teksasie. Tam jest największa w USA baza naprawcza armii amerykańskiej. Badałem tam m.in. helikoptery po katastrofach. Ocenialiśmy ich uszkodzenia, żeby zdecydować, czy warto je naprawiać w ramach ASCOM (Army Service Command). Widziałem też statki powietrzne zupełnie rozbite. Nie mam kompleksów. W tym samym wywiadzie przewodniczący zespołu ds. wyjaśniania raportu Millera wypowiada ocenę, że w środowisku specjalistów lotniczych ten dokument nie jest kwestionowany. Co Pan o tym sądzi?
– Prawdę mówiąc, mało kto w ogóle zna ten raport i się nim interesuje. Jakby się rozbił samolot prezydenta Argentyny w Brazylii, to czy w Polsce ktoś będzie analizować szczegóły tej katastrofy? A to są państwa większe od Polski. Władze amerykańskie zapewne dobrze wiedzą, co tam się stało, i mają wszystko dobrze zarejestrowane. Taka jest moja opinia. Myślę, że gdy leci samolot z prezydentem i całą wyższą generalicją, to odpowiednie służby amerykańskie wszystko nagrały. Ale tego nie ujawniają, oczywiście z przyczyn politycznych, a nie lotniczych. Natomiast organizacja ICAO nie zajmuje się lotnictwem wojskowym. A nawet gdyby chciała, to działa ona na zasadzie pełnego konsensusu stron. Jeśli dostała ten raport, to jedynie włożyła go na półkę. Nie mają tam żadnych możliwości badania ani oceniania czegokolwiek i nigdy nie będą tego robić. Wiem, bo byłem tam kiedyś ekspertem.
Co z zabezpieczeniem tupolewa przed 10 kwietnia? Nikt jasno nie dementuje doniesień o nieprawidłowościach.
Po opublikowaniu przez "Nasz Dziennik" cytatów z przesłuchania funkcjonariuszy BOR przez prokuraturę w śledztwie dot. katastrofy smoleńskiej prokuratura wojskowa wydała oświadczenie, w którym informuje, że nieprawdą jest iż, w 2013 roku prowadzono dodatkowe przesłuchania w tej sprawie. Jednak nie odniosła się zupełnie do sedna artykułu, który mówił o tym, że BOR nie przeprowadził w sposób rzetelny zabezpieczenia pirotechnicznego tupolewa, omijając niektóre elementy samolotu.
W związku z enigmatycznym oświadczeniem NPW zwracamy się do Biura Ochrony Rządu:
wPolityce.pl: Jakie działania przeprowadził BOR ws. zabezpieczenia tupolewa, który 10 kwietnia leciał do Smoleńska?
Mjr Dariusz Aleksandrowicz, rzecznik BOR: Przede wszystkim chcę zaznaczyć, że rozmawiałem właśnie z funkcjonariuszami, którzy byli zaangażowani w te czynności. Oni nie mają sobie nic do zarzucenia. Zgodnie ze sztuką statek powietrzny został przed lotem sprawdzony i zabezpieczony. Nic nie wiem na temat przywołanych przez Zenona Baranowskiego w "Naszym Dzienniku" jakichś dodatkowych przesłuchaniach. Koledzy mówią, że nie byli dodatkowo przesłuchiwani. Wszelkich informacji udzielili w prokuraturze i tam mówili o czynnościach BOR. O żadnych dodatkowych czynności nie ma mowy. Nie jest również prawdziwą informacja zawarta w tekście "Naszego Dziennika", jakoby toczyło się jeszcze śledztwo w sprawie fałszerstwa dokumentów wytworzonych w BOR. Z tego, co mi wiadomo, śledztwo w tej sprawie jest już dawno umorzone.
Kiedy dokładnie kontrola pirotechniczna na pokładzie tupolewa miała miejsce?
Przed wylotem.
Bezpośrednio przed, jakoś 10 kwietnia, 9 kwietnia...
Każdorazowo statek powietrzny jest badany przez BOR przed wylotem.
Wiemy, że apteczka techniczna została zamontowana w samolocie dopiero 9 kwietnia. Ona też została sprawdzona? Sprawdzono wszystkie dodatkowo montowane elementy?
Nie jestem upoważniony do tego, żeby mówić o szczegółach prowadzonej kontroli pirotechnicznej na łamach mediów. Koledzy stosowne wyjaśnienia złożyli w prokuraturze.
Sprawdzono wszystko, co zamontowano na pokładzie tupolewa?
Jak powiedziałem na temat szczegółów kontroli pirotechnicznej koledzy złożyli stosowne wyjaśnienia prokuratorowi.
Jak widać po enigmatycznym i niczego nie rozstrzygającym oświadczeniu prokuratury wojskowej mamy równie niewiele wnoszącą wypowiedź rzecznika BOR. Biuro zasłaniając się tajemnicą śledztwa, nie jest w stanie bronić się ws. zarzutu, jaki płynie z artykułu w "Naszym Dzienniku". Wciąż jest więc pod oskarżeniem, że nie dopełniło obowiązków.
Sprawa jest jednoznaczna. Po tekście "Naszego Dziennika" nikt nie jest w stanie zapewnić, że zabezpieczenie tupolewa, którym miała lecieć oficjalna polska delegacja do Katynia, zostało przeprowadzone w sposób rzetelny.
i co z tego wynika?przeciez to polska nie potrafi zadbac o swoje sprawy a chcielibyscie zeby ruski dopieli wszystko na ostatni guzik-to kim sie obstawiał prezydent?dziećmi z przedszkola?dajcie spokój z tymi teoriami bombowymi-spójrzcie sie na nasze ręce.by wystartowali wczesniej to by mieli do wyboru i koloru lotnisk zapasowych a tak tylko mogli polegac na bylejakim-bo sytuacja podbramkowa,nie zdążyliby na uroczystość /a czyja wina? lecących samolotem........bo to byli myślący ludzie i tak niekoniecznie musiał być ktoś kto im ten plan układał
i co z tego wynika?przeciez to polska nie potrafi zadbac o swoje sprawy a chcielibyscie zeby ruski dopieli wszystko na ostatni guzik-to kim sie obstawiał prezydent?dziećmi z przedszkola?dajcie spokój z tymi teoriami bombowymi-spójrzcie sie na nasze ręce.by wystartowali wczesniej to by mieli do wyboru i koloru lotnisk zapasowych a tak tylko mogli polegac na bylejakim-bo sytuacja podbramkowa,nie zdążyliby na uroczystość /a czyja wina? lecących samolotem........bo to byli myślący ludzie i tak niekoniecznie musiał być ktoś kto im ten plan układał
Daj spokój, nie ma sensu. To jak kopanie się z koniem. Głębia wiedzy i mądrości macierewiczowych ekspertów jest nieosiągalna dla zwykłych śmiertelników, a jakieś tam prawa fizyki nie staną im na przeszkodzie w demaskowaniu straszliwego spisku. Możesz tłumaczyć, że to co się działo 20 czy 10 metrów nad ziemią nie ma żadnego znaczenia, bo pozamiatane było już kilkadziesiąt metrów wyżej, kiedy przy wyjącym TAWSie nie widząc ziemi walili w dół 8 m/s - dwa razy szybciej niż powinni - a biorąc pod uwagę wznoszący się grunt, to pewnie wtedy było już i ponad 10 m/s (słychać na nagraniu z CVR w jakim tempie nawigator odczytuje wysokość z radiowysokościomierza). To nieważne, bo przecież p. Berczyński, z taką swadą opowiadający o tym jakim to jest ekspertem bo skończył politechnikę (swoją drogą ciekawa to politechnika na której nie wykładają fizyki) i jeszcze nie wywalili go z Boeinga (co biorąc pod uwagę jego powoływanie się na renomę pracodawcy w połączeniu z bzdurami jakie opowiada może się niebawem zmienić), powiedział, że będący na granicy przeciągnięcia samolot pasażerski, który na wysokości paru metrów nad ziemią utracił 20% skrzydła, powinien spokojnie odlecieć i wylądować na lotnisku zapasowym. Zdaje się, że tenże sam as (choć nie jestem pewien, bo nie mogę dziś znaleźć w sieci tej wypowiedzi - chyba dziennikarze poszli po rozum do głowy i przestali publikować takie bzdury) tydzień temu twierdził, że samolot rozpadł się w powietrzu na trzy części i centropłat spadł w pozycji odwróconej a dziób i ogon normalnej. Co z tego, że na zdjęciach ewidentnie widać coś innego (i nagle na chwilę przestały działać prawa fizyki?). Przecież z dużą dozą pewności można powiedzieć, że BORowiki nie sprawdzili bagażnika. Nieważne, że w bagażniku nic nie wybuchło, a pierwszym dużym odseparowanym elementem samolotu był fragment lewego skrzydła, leżący kilkaset metrów od szczątków kadłuba. Przecież Rosjanie nie oddali pistoletów i telefonu. Gdyby sprawa nie byłaby tak poważna, to byłoby to nawet śmieszne. Mnie zastanawia tylko jedno. Czy ci "eksperci" to kłamcy-manipulanci czy zwyczajne bałwany. I wierzcie mi, naprawdę nie mam pojęcia jak to z nimi jest.
[cytat]dzięki bo ja już miałam podejrzenia że z nami pisze sam macierewicz bo to tak jest jak sie chce on na ludzkiej krzywdzie politycznie dorobićnieładnie[/cytat]
Ja nie wiem, może on naprawdę wierzy w to co mówi... Wg mnie trzy rzeczy nie ulegają wątpliwości. Po pierwsze jego tzw. ekspertom brakuje elementarnej wiedzy lotniczej (i mówimy tu naprawdę o podstawach). Po drugie żaden z tychże "ekspertów" nigdy nie brał udziału w badaniu katastrofy lotniczej - w tej dziedzinie nie mają żadnego doświadczenia. A po trzecie i chyba najważniejsze - trudno nie zauważyć, że cały ten zespół stawia całe dochodzenie na głowie. Tzn. wychodzi od tez, które potem za wszelką cenę próbuje udowodnić. Jak jeden pomysł zostaje całkowicie ośmieszony (np. meaconing, od którego zaczęli) to idą w następny. Doskonale widzą, że fakty wskazują na kompletnie inny przebieg wypadków i dlatego całkowicie ignorują dostępne dowody i usiłują kreować własne (np. chwytliwe hasło "pancerna brzoza" albo bajka animowana p. Bieniedy, do której założenia nadal pozostają jego tajemnicą). Ale robią wokół siebie dużo hałasu, a sam Macierewicz ma charyzmę. Więc bez względu na to jak oderwane od rzeczywistości są ich pomysły to mimo wszystko sporo osób je kupuje albo przynajmniej zaczyna mieć wątpliwości...
Kto korzystał z telefonu śp. Lecha Kaczyńskiego po jego śmierci? Rosjanie nie chcą ujawnić. Prokuratura zawiesza śledztwo
Kolejny dowód na skuteczne sabotowanie śledztwa smoleńskiego przez Rosjan. Polska prokuratura nie doczekała się na informacje dotyczących połączeń z telefonu Lecha Kaczyńskiego i musiała zawiesić śledztwo.
Śledztwo dotyczące połączeń z telefonu prezydenta Lecha Kaczyńskiego po katastrofie w Smoleńsku zostało zawieszone - poinformowała w poniedziałek warszawska prokuratura. Powodem zawieszenia jest wydłużające się oczekiwanie na pomoc prawną z Rosji.
Śledztwo zostało zawieszone z uwagi na oczekiwanie na pomoc prawną. Mimo wielokrotnych monitów, strona rosyjska nie odpowiada
- powiedziała prokurator Katarzyna Calów-Jaszewska z Prokuratury Okręgowej w Warszawie. Decyzja o zawieszeniu postępowania - jak dodała - została podjęta tydzień temu.
W listopadzie zeszłego roku prokuratura wysłała do Rosji wniosek o pomoc prawną, w którym zawarto kilka pytań - m.in. zwrócono się o wydruk rosyjskiego operatora telefonii komórkowej z wykazem połączeń zrealizowanych przez numer telefonu należący do Lecha Kaczyńskiego od 10 do 12 kwietnia 2010 r.
Jest to na razie ostatnia czynność do wykonania, ponieważ termin udzielenia odpowiedzi przez stronę rosyjską nie jest znany, wobec tego jest to długotrwała przeszkoda, która uzasadnia zawieszenie postępowania
- zaznaczyła prokurator i dodała, że śledztwo będzie podjęte, gdy przyjdzie odpowiedź z Rosji. Postępowanie dotyczące połączeń z telefonu prezydenta Lecha Kaczyńskiego 10 kwietnia 2010 r. po katastrofie w Smoleńsku prokuratura podjęła w połowie maja zeszłego roku. Ma ono wyjaśnić, kto mógł użyć tego telefonu. Informacje o "manipulacjach" przy telefonie Lecha Kaczyńskiego 10 i 11 kwietnia 2010 r. w Rosji i odsłuchiwaniu poczty głosowej pojawiły się w mediach rok temu.
W wyniku przeprowadzonych czynności procesowych ustalono, że w dniu 10 kwietnia 2010 r., po katastrofie, miały miejsca dwa połączenia wychodzące: pierwsze o godz. 12.46, a drugie o godz. 16.24 czasu polskiego; a w dniu 11 kwietnia 2010 r. jedno połączenie wychodzące o godz. 12.18 czasu polskiego z telefonu użytkowanego przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego, którego właścicielem była Kancelaria Prezydenta, i były to połączenia z pocztą głosową
- informowała prokuratura wojskowa, która jeszcze w listopadzie 2011 r. wyłączyła ten wątek z postępowania dotyczącego katastrofy smoleńskiej.
Prokuratura rok temu otrzymała oficjalny wniosek Kancelarii Prezydenta RP o ściganie osoby łączącej się z pocztą głosową telefonu prezydenta. Ponieważ aparat był własnością kancelarii, to ona składała wniosek co do przestępstwa kradzieży impulsów. Prokuratura okręgowa otrzymała także materiały i dowody z prokuratury wojskowej oraz ABW - m.in. zapoznano się z trzema opiniami ABW dotyczącymi telefonu L. Kaczyńskiego. W połowie czerwca zeszłego roku wniosek o ściganie w sprawie "bezprawnego uzyskania dostępu do informacji" z poczty głosowej telefonu złożył także Jarosław Kaczyński. Brat zmarłego tragicznie prezydenta ma w tym śledztwie status "wykonującego prawa pokrzywdzonego".
Sprawa dotyczy "włączenia się w dniu 10 i 11 kwietnia 2010 r. na terytorium Federacji Rosyjskiej przez nieustaloną osobę do telefonu komórkowego Nokia 6310i obsługującego numer abonencki (...) i uruchomienia impulsów na cudzy rachunek na szkodę Kancelarii Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej".
Wyjaśniane jest też, czy doszło do popełnienia przestępstwa uzyskania przez kogoś dostępu do informacji w telefonie lub na karcie SIM dla niego nieprzeznaczonej poprzez przełamanie albo ominięcie elektroniczne zabezpieczeń. Za taki czyn grozi do dwóch lat więzienia.
Wcześniej - w grudniu 2011 r. - stołeczna prokuratura okręgowa odmówiła, z powodu braku cech przestępstwa, wszczęcia śledztwa w sprawie domniemanej kradzieży impulsów na szkodę Kancelarii Prezydenta RP. W maju 2012 r. Prokuratura Generalna poleciła jednak stołecznej prokuraturze apelacyjnej przeanalizowanie tej decyzji. Po analizie prokuratura apelacyjna uznała, że decyzja o odmowie wszczęcia śledztwa była przedwczesna
do kogo pretensje?pojechali polacy i jak przypilnowali swoich interesów a ruskom to na rękę/ale bomby w samolocie i rzekome zamachy to już sobie darujcie bo to nic z pozostawionym telefonem na miejscu katastrofy nie ma wspólnego .przecież w samolocie byli ludzie wysoko postawieni jak mogli pozwolić na takie niedociągnięcia co do wylotu.....
Zespół Laska znów kluczy ws. badań i sensacyjnie przyznaje: to MAK przeniósł statecznik. „By znajdował się trochę bliżej”
Pierwsza konferencja zespołu Macieja Laska w założeniu jej bohaterów miała zaprzeczać „alternatywnym teoriom” dotyczącym przyczyn katastrofy smoleńskiej. „Eksperci” tak się zapędzili w walce z tezami głoszonymi przez naukowców współpracujących z zespołem parlamentarnym (dodając do tego kilka teorii, których poważnie nikt nigdy nie traktował), że nie zauważyli, jak pogrążają sami siebie.
Reporter wPolityce.pl zapytał o badania wraku TU-154M, które rzekomo miała przeprowadzić komisja Millera. Marcin Wikło zacytował Maciejowi Laskowi fragment jego wypowiedzi dla Gazety Wyborczej z listopada 2012 r. Na pytanie, czy „nasi eksperci dokonali oględzin wraku”, szef PKBWL odpowiedział wówczas:
Tak, i to sami, a nie jako osoby towarzyszące Rosjanom. (….) Pobierali też różne próbki. Cały materiał, który tam zebrali, stanowił bardzo ważny element naszych badań.
Zapytany dziś, jakie konkretnie próbki zostały pobrane i gdzie są wyniki tych badań, bo w dokumentach komisji Millera nie ma po nich śladu i kto te próbki zbierał, Lasek stwierdził:
Próbki zbierały osoby, które znajdowały się między 10 a 23 (kwietnia - przyp. red.) w Smoleńsku. Wszystkie materiały i ekspertyzy, które na tej podstawie zostały sformułowane, znajdują się w dokumentacji i archiwum inspektoratu MON ds. bezpieczeństwa lotów. Ja chciałem tylko jedną rzecz przypomnieć, że tak, jak wcześniej powiedziałem – choćby ilość dokumentów, na których bazowała komisja, w materiałach, które się publikuje, publikuje się tylko te informacje, które są potrzebne do udowodnienia i wskazania, jaka była przyczyna i zalecenia profilaktyczne. Musimy o jednej rzeczy pamiętać – w Smoleńsku ten wypadek formalnie badał Międzypaństwowy Komitet Lotniczy. Natomiast szeroka grupa naszych ekspertów, która tam była, zebrała takie dokumenty, które pozwoliły pomimo niewłaściwej jak państwo doskonale wiecie, współpracy strony rosyjskiej, zwłaszcza w późniejszym okresie i braku skuteczności zapytań choćby skierowanych ze strony akredytowanego przedstawiciela, na zebranie materiału, który w 100 proc, pozwolił na wskazanie właściwej przyczyny i profilaktyki.
W obliczu niejasnej odpowiedzi, Lasek dopytany, czy wśród pobranych rzekomo przez polskich ekspertów próbek były próbki samolotu i czy były badane w Polsce, Lasek niespodziewanie wypalił:
Warto by było takie pytanie zadać nam na piśmie, my odpowiemy. I skonsultujemy się w tym zakresie również z kolegami, którzy w tej chwili pracują w inspektoracie MON ds. bezpieczeństwa lotów.
Czyżby Maciej Lasek jednak nie wiedział, czy pobrano próbki samolotu i czy były one badane w Polsce? Doskonale wie, że nic takiego nie miało miejsca. Uporczywe twierdzenie bądź nawet sugerowanie, że na zlecenie komisji Millera przeprowadzono w Polsce jakiekolwiek analizy laboratoryjne elementów samolotu jest zwykłym kłamstwem.
Jeszcze ciekawsza była odpowiedź na kolejne pytanie reportera wPolityce.pl o zdjęcia satelitarne z 11 i 12 kwietnia:
Tam widać pewną różnicę – dosyć duży element samolotu jest przemieszczony – chodzi o statecznik – o 50 metrów. Czy można to w jakiś sposób wytłumaczyć?
- pytał Marcin Wikło, a Piotr Lipiec, członek byłej komisji Millera, oznajmił:
Mogę tylko potwierdzić, że ten statecznik faktycznie, zgodnie z informacjami od kolegów, którzy byli na miejscu, został faktycznie przeniesiony z rejonu drogi, bliżej miejsca upadku samolotu.
To sensacyjne potwierdzenie. Po raz pierwszy członkowie komisji rządowej przyznali, że ktoś manipulował rozmieszczeniem szczątków samolotu i w ogóle się tym nie zajęli!
W dalszej części konferencji Lipiec dodał w tej sprawie rzecz jeszcze bardziej zdumiewającą:
Pytanie o statecznik myślę, że należałoby skierować do MAK-u, bo właśnie zespół MAK-u przenosił ten statecznik.
Powtórzmy za ekspertem komisji Millera: zespół MAK przenosił szczątki samolotu! Bez jakichkolwiek konsultacji ze stroną polską. Rzecz karygodna i nie mieszcząca się w standardach badania wypadków lotniczych. Dlaczego MAK to zrobił? Jedyne logiczne wyjaśnienie nasuwa uzasadnione podejrzenie o chęć dokonania jakiejś poważnej manipulacji jednym z najważniejszych dowodów. Ale i na to komisja Millera ma wytłumaczenie:
Przesunięcie statecznika w przypadku takk ogromnego materiału dowodowego nie miało na nic wpływu. (…) Nie umiem odpowiedzieć na pytanie, czemu miało służyć – prawdopodobnie chodziło o zmniejszenie terenu, na jakim miała pracować komisja.
(…) Był (statecznik – przyp. red.) jedynym elementem, który znajdował się daleko. Więc prawdopodobnie – to jest przypuszczenie – przeniesiono go, by znajdował się trochę bliżej
- beztrosko dodał Piotr Lipiec.
Ludzie, którzy wygadują takie rzeczy – „przeniesiono go, by znajdował się trochę bliżej” – są podstawowymi ekspertami polskiego rządu od wyjaśnienia największej tragedii powojennej Polski. Usprawiedliwiają fałszowanie dowodów (rozmieszczenie szczątków nim jest) i bezradnie przyznają, że tak naprawdę nawet nie pomyśleli o zrobieniu tego, co było ich podstawowym zadaniem.
To kolejne potwierdzenie, że badanie katastrofy smoleńskiej trzeba zacząć praktycznie od nowa.
no to niech zaczną od początku a nie jakimiś chorymi i dziwnymi teoriami ludziom nabijają głowę-jedna katastrofa a kilkanaście wersji ale to tylko w polsce może się zdarzyć,aby się patrzą jak zdobyć stołek polityczny a uczciwości zero bo to się nie opłaca
Ewa Kochanowska: Pan Lasek powinien wreszcie zejść z drzewa i zająć się poważnymi badaniami
Od samego początku absolutnie nie mogę się zgodzić z ustaleniami ani przyjąć pewnych twierdzeń komisji MAK, Millera bądź zespołu pana Laska, gdyż te teorie urągają zdrowemu rozsądkowi – mówi „Naszemu Dziennikowi” wdowa po śp. Rzeczniku Praw Obywatelskich. Ewa Kochanowska komentuje odpowiedzi szefa PKBWL na pytania Grzegorza Januszki, ojca śp. Natalii Januszko. Portal wPolityce.pl opublikował je jako pierwszy.
Jak mówi, korespondencja ze strony Macieja Laska ją zaskoczyła. W tym kontekście wymienia m.in. argument, że w Smoleńsku nie było wybuchu, bo paliwo się nie zapaliło.
To jest, delikatnie mówiąc, troszeczkę naiwne twierdzenie, bo nawet ja posiadam już tak podstawowe wiadomości, że paliwo w samolotach jest bardzo mocno schłodzone i nie bardzo skłonne do wybuchania. Widzieliśmy na zdjęciach, że nie było niebezpieczeństwa wybuchu tego paliwa, bo nawet strażacy stali na miejscu katastrofy z zapalonymi papierosami w ręku.
Wdowa po RPO ma nadzieję, że wreszcie dojdzie do spotkania ekspertów rządowych z naukowcami współpracującymi z zespołem parlamentarnym. Ale do tego potrzebny jest jeden, podstawowy, jej zdaniem warunek – „pan Lasek powinien wreszcie zejść z drzewa”.
Ta nieszczęsna brzoza jest bardzo „bohaterska”, rzecz jasna, usiłując się za wszelką cenę dostosować do wszystkich wobec niej oczekiwań. Czyli nie może być za wysoka – gdyż znajduje się na podejściu do pasa startowego. Nie może być też za niska – bo okaże się, że samolot przyziemił przy tym drzewku i nie mógł wzbić się i wykonać półbeczki (której zresztą nie wykonał). Nie może być wreszcie za cienka – bo się okaże, że nie dałaby rady złamać skrzydła tupolewa, stąd dodatkowo musi być jeszcze, oczywiście, pancerna. I to są rzeczywiste powody, dla których tak trudno ją zmierzyć.
Bo jeśli się wyjmie z badania przyczyn katastrofy tę nieszczęsną historię z brzozą, to wiadomości, które posiadam, układają się dosyć spójnie i logicznie (rozpad samolotu i układ jego szczątków, rozczłonkowanie ciał, wyniki analiz sekcyjnych itd.)
przestańcie być ekspertami i nimi nie będziecie-ja już dałam sobie na luz z tą ilością ekspertyz ale patrzyłam na program z kanadyjskim dziennikarzem na temat katastrofy i że to aż z kanady opinia to jak dla mnie najbardziej wiarygodna-bo ona jedna nie ma podtekstu politycznego i dlatego może być prawdopodobna.amerykanie napewno by rozwiali wątpliwości bo tam są najlepsi eksperci od katastrof lotniczych,a u nas każdy swojego gniazdka broni że jest nawet w stanie historie z palca wyssane podstosować
"Subiektywne" i "nieprzydatne" opinie członków komisji Millera. Prokuratura dyskredytuje ich fonoskopijne ustalenia
Prokuratura Wojskowa nisko ocenia wartość tej wersji odsłuchu rozmów z kabiny pilotów, na którą powołuje się zespół Macieja Laska. „Subiektywna” i „nieprzydatna” – takie określenia znajdują się dokumencie, do którego dotarł "Nasz Dziennik".
Gazeta zwraca uwagę że w licznych publicznych wystąpieniach członkowie komisji Millera i zespołu Macieja Laska próbują prezentować swój odczyt rozmów z kabiny pilotów tupolewa jako w pełni wartościowy i fakultatywny wobec ekspertyzy IES wynik badania. Ale treść postanowienia prokuratury wojskowej o oddaleniu wniosku dowodowego o przesłuchanie w charakterze świadka Macieja Laska, do którego dotarł „Nasz Dziennik” - dowodzi, że tak nie jest. Przynajmniej w przekonaniu prowadzących śledztwo prokuratorów.
Jedynym i obiektywnym źródłem dowodowym, które pozwalałoby na jednoznaczne rozstrzygnięcie co do ewentualnego wpływu Dowódcy Sił Powietrznych, są zapisy środków obiektywnej kontroli lotu – rejestratora dźwięku MARS – BM. Przeprowadzony dotychczas dowód z zapisów pochodzących z tego rejestratora – opinia z zakresu fonoskopijnych badań zapisu dźwięku wydana przez Instytut Ekspertyz Sądowych, nie podaje żadnych okoliczności, które mogłyby uprawdopodobnić tezę o wywieraniu przez gen. Andrzeja Błasika wpływu na pracę i decyzje załogi samolotu
- napisał w dokumencie datowanym na 8 maja br. prokurator referent śledztwa smoleńskiego ppłk Jarosław Sej. Jak przypomina ND, krakowski instytut w ogóle nie zidentyfikował głosu generała Błasika ani żadnego innego „wyższego dowódcy wojskowego”, w kabinie pilotów. A takie insynuacje formułują członkowie komisji Millera i reaktywowanego ostatnio tzw. zespołu Laska.
Z pewnością, dowód z przesłuchania osoby [Laska – przyp. red.] bądź osób uczestniczących w badaniu zdarzenia lotniczego, która w wyniku przeprowadzonych czynności wysnuła inne wnioski niż opiniujący w niniejszym postępowaniu biegli – specjaliści z zakresu analizy nagrań i mowy – nie byłby przydatny dla poczynienia ustaleń co do tego, czy na dowodowym nagraniu zarejestrowane są wypowiedzi gen. Andrzeja Błasika
– twierdzi prokurator Sej. Jego zdaniem członków komisji nie warto na tę okoliczność przesłuchiwać, bo ich opinie są „subiektywne” i przez to „nieprzydatne”.
Jak przypomina Nasz Dziennik, opinie prokuratora Jarosława Seja to element uzasadniania decyzji o niepowoływaniu na świadka obecnego szefa Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych i wiceprzewodniczącego podkomisji lotniczej w komisji Millera Macieja Laska.
Wniosek o jego przesłuchanie złożył mec. Bartosz Kownacki po wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”, w którym powtórzył on tezę o obecności Błasika w kabinie pilotów. Kownacki jako pełnomocnik bliskich generała domagał się, by prokurator zapytał Laska o szczegółowe podstawy wysuwanych twierdzeń. ansa/ Nasz Dziennik
Na lotnisko w Latakii dotarły trumny ze zwłokami 32 Poległych żołnierzy . do siedemdziesięcioletniego oczekującego na trumnę swojego syna podchodzi oficer Syryjskiej Armii i pyta: Ojcze jak się nazywa twój syn ? , Starzec odpowiada: Na Boga wszyscy są moimi synami , daj mi jakąkolwiek trumnę abym mógł wrócić do wioski - jego Matka czeka już na niego od trzech miesięcy .. każda trumna ugasi jej pragnienie pochowania Syna
"Nie można wykluczyć wprowadzenia zmian do zapisu, wykonanych w sposób cyfrowy” - stwierdzili biegli FSB analizując zapisy czarnych skrzynek
Kopia nagrań z rosyjskich czarnych skrzynek rządowego tupolewa, którą z Moskwy w 2010 r. przywiózł osobiście Jerzy Miller, jest o 76 sekund dłuższa niż kopia będąca w kwietniu 2010 r. w dyspozycji rosyjskiej prokuratury – wynika z analizy biegłych Federalnej Służby Bezpieczeństwa. W poufnej opinii dla rosyjskiego Komitetu Śledczego FR biegli FSB nie wykluczyli, że doszło do ingerencji w nagranie - informuje "Gazeta Polska Codziennie".
Jak informuje GPC, za telewizją "Republika" - Komitet Śledczy przy Prokuraturze Federacji Rosyjskiej zwrócił się do FSB 26 kwietnia 2010 r. o sporządzenie ekspertyzy fonograficznej nagrań rozmów w kokpicie zarejestrowanych przez czarne skrzynki. Biegli mieli zbadać dane pokładowych rejestratorów, parametrycznego i dźwiękowego. Mieli też odpowiedzieć na konkretne pytania, m.in. jaka jest długość zapisów audio na plikach oraz czy istnieją oznaki montażu na przedstawionych zapisach audio. Jak ustaliła gazeta analizę danych przeprowadzili pracownicy Instytutu Kryminalistyki Centrum Techniki Specjalnej FSB Walerij Didienko, Maksym Iwanow i Aleksandr Iwanow. (Ich ekspertyza nosi datę 15 czerwca 2010 r. i numer 30-F/10. ) Biegli FSB stwierdzają w niej, że nie można wykluczyć, iż nagrania były przemontowywane.
Na zapisach, rozmieszczonych w danych plikach, nie udało się wykryć wiarygodnych oznak ciągłości procesu ich zapisu na odcinkach rozgraniczonych przez ujawnione odcinki z oznakami zmian. Ponieważ oryginały fonogramów lub inne kopie oryginalnych zapisów nie zostały przedstawione, to ustalenie, czy zapisy w przedstawionych plikach zostały wykonane nieprzerwanie, okazało się niemożliwe [...]. Nie można wykluczyć wprowadzenia zmian do zapisu, wykonanych w sposób cyfrowy
– taki fragment dokumentu przytacza GPC. Mimo to polska prokuratura i Maciej Lasek, szef PKB WL zapewniają, że polskie ekspertyzy nie potwierdzają ingerencji w zapis. Ale, jak zwraca uwagę szef zespołu parlamentarnego ds. zbadania katastrofy smoleńskiej Antoni Macierewicz - strona polska pracowała wyłącznie na kopiach dostarczonych jej przez Rosjan.
– Nie ulega wątpliwości, że eksperci z Rosji i Polski badali różne materiały przedstawiane im przez MAK jako zgodne z oryginałem kopie nagrań z czarnych skrzynek
Dobre, dobre! Rosjanie mówią, że ktoś (Rosjanie) przerabiał nagrania. A może by tak wreszcie przestać tu cytować GPC i inne szmatławce typu Naszego Dziennika? Kto się fascynuje takimi sensacjami sam je sobie znajdzie.
oliwa sprawiedliwa i tak zawsze na wierzch wypływa........czy sie tego chce czy nie dlatego z zamachem to....bujda,bo co miało ujrzeć swiatło dzienne to już ujrzało np.ciała zmarłych
[cytat]oliwa sprawiedliwa i tak zawsze na wierzch wypływa........czy sie tego chce czy nie dlatego z zamachem to....bujda,bo co miało ujrzeć swiatło dzienne to już ujrzało np.ciała zmarłych[/cytat] aleś napisał
"Mamy do czynienia z niebywałą wręcz arogancją władzy". Mecenas Pszczółkowski o twierdzeniach Macieja Laska, że badanie jednej czwartej wraku "nie miało znaczenia". NASZ WYWIAD
Dziennikarze radia RMF.FM dotarli do zdjęć zrobionych przez archeologów, którzy sfotografowali szczątki około jednej trzeciej wraku zmieszane razem z ziemią i trzymane w hangarze na lotnisku w Smoleńsku. Jesienią 2012 r. taki sam obraz zobaczyli polscy prokuratorzy, ale nie mogli przeprowadzić badań poszycia, przewodów i kabli. Gdy dr Maciej Lasek, szef Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych został o tym poinformowany, powiedział, że "nie było potrzeby badania tych szczątków, bo nie miały one znaczenia dla pracy komisji Millera."
O stwierdzeniu, że zbadanie wszystkich elementów wraku samolotu nie jest - według szefa PKBL - ważne do stwierdzenia przyczyn katastrofy rozmawiamy mecenasem Piotrem Pszczółkowskim, pełnomocnikiem części rodzin ofiar tragedii smoleńskiej.
wPolityce.pl: Czy spotkał się pan w swojej karierze zawodowej z takim stosunkiem do materiału dowodowego jaki zaprezentował Maciej Lasek?
Mec. Piotr Pszczółkowski: Nie, nie spotkałem się z takim czymś, ale nie mówię tego jako adwokat, ale jako człowiek, który ma wyższe studia. Wiem jak jest skonstruowany załącznik 13. Konwencji Chicagowskiej, który członkowie komisji Millera przyjęli sobie jako wzorzec do badania katastrofy smoleńskiej. Mam ujemny stosunek do wyboru tej konwencji, bo uważam, że to był zły wybór, bezprawny i merytorycznie zły. Ale skoro już pan Lasek już przywiązał się do tego załącznika, a trzeba wiedzieć, że istotnym elementem tego załącznika służącym poznaniu przyczyn katastrofy jest konieczność rekonstrukcji wraku. A jeżeli rekonstrukcji wraku nie dokonuje się, gdyż jedna czwarta szczątków wraku pozostaje poza zainteresowaniem komisji, no to jest to niepoprawne metodologicznie.
Jeżeli ta wypowiedź dr. Laska jest prawdziwa i nadal podpisuje się on pod wypowiedzią, że ta jedna czwarta wraku nie była im potrzebna, bo oni i tak już wiedzieli jaki był mechanizm przebiegu zdarzenia, to nie jest już to metodologicznie niepoprawne, ale głupie. To jest twierdzenie, które nie daje się już bronić już nie tylko po wyższych studiach, ale nawet po maturze, czy być może także po szkole podstawowej.
Reasumując. Jeśli ktoś wie, że aby się o czymś wypowiedzieć, trzeba najpierw zebrać materiały, przeanalizować je, a następnie określić swój stosunek do tego co się przeczytało, to po pierwsze trzeba mieć do tego zebrany materiał, a po drugie wiedzę. Myślę, że im ta wiedza jest większa, im ktoś jest bardziej wykształcony i pojętny, tym większy szacunek ma do każdego elementu źródłowego, w tym przypadku do tej jednej czwartej wraku.
O czym świadczy takie podejście dr. Laska? Przecież to zakrawa na kpinę i chyba wyrzuca go poza nawias profesjonalistów.
Pierwsze moje skojarzenie jest takie, że coś na rzeczy jest ze sprawą tych esemesów, o których kiedyś mówił gen. Sławomir Petelicki. Esemesy te świadczyły, że są mądrzejsi od dr. Laska i już kilkanaście minut po katastrofie znali oni jej przyczyny.
Drugie skojarzenie jest takie, że mamy do czynienia z niebywałą wręcz – to się nazywało za komuny - arogancją władzy. Ta komisja ma umocowanie w Ministerstwie Obrony Narodowej, też jest jakimś elementem władzy państwowej, więc muszę powiedzieć, że mi się najczarniejsze lata przypominają tej arogancji władzy. Ta arogancja polegała na tym, że władza mogła prezentować zupełnie dowolne twierdzenia, a także mogła oburzać się i obruszać na wszystkie pytania zmierzające do weryfikacji tych niedorzecznych twierdzeń.
Tu jeszcze mamy taką sytuację, że zmieniono prawo lotnicze, co postawiło tych ludzi kompletnie poza prawem, poza weryfikacją. Po zmianie tego prawa nie można członków komisji zapytać dlaczego doszli do jakichś wniosków.
Ci ludzie tworzą – w moim przekonaniu – bardzo uproszczone tezy, absolutnie niechętni są jakimkolwiek polemikom. Na jakiekolwiek pytania odpowiadają na zasadzie „nie, bo nie”. Przeraża mnie i budzi sprzeciw bardzo negatywny stosunek do ludzi, którzy pytają. Ile nowych okoliczności pojawiło się od momentu, gdy powstał raport i został przyjęty. A twórcy raportu twierdzą, że nie podlega on żadnym korektom. Metodologia takiego myślenia poraża. Jeżeli ktoś badał jakąś sprawę i od dwóch lat nie ma dostępu do nowych materiałów, a jednocześnie wiedząc o tym, że takie materiały są pozyskiwane przez inne organy państwa, a nadal mówi, że jego raport jest doskonały i nie wymaga żadnych zmian, to nie da się takiego rozumowania obronić. To jest bezczelność, daleko posunięta arogancja władzy.
Chcę jeszcze jedną rzecz powiedzieć, jak już wspomniałem o tej arogancji. Wyśmiewani w są ludzie, którzy poświęcili bardzo dużo swojego czasu, swojej pracy, postawili do dyspozycji swoje zawodowe doświadczenie, aby wyjaśnić katastrofę smoleńską. Odsądzali od czci i wiary takich ekspertów jak prof. Wiesława Biniendę czy prof. Kazimierza Nowaczyka. Są cały czas dezawuowani.
Kiedyś Włodzimierz Cimoszewicz, którego nie można traktować raczej jako przeciwnika obecnej ekipy, powiedział że państwo polskie podchodzi do kwestii śledztwa smoleńskiego jak do kradzieży roweru. Nie straciło to stwierdzenie na aktualności, prawda?
Biorąc pod uwagę wybór ścieżki prawnej badania katastrofy. Biorąc pod uwagę całkowite désintéressement polskiego rządu, polskiego premiera, polskich organów państwa w pozyskaniu dowodów rzeczowych. Biorąc pod uwagę sposób w jaki prowadzone było śledztwo prokuratorskie, myślę tutaj o niezrobieniu sekcji zwłok, nasze państwo państwo powinno mieć ogromną traumę z powodu zaniedbań i zaniechań. Ci wszyscy ludzie nie tylko nie potrafili swego czasu zapewnić bezpieczeństwa przelotu, właściwym środkiem transportu, na właściwe lotnisko. Ci ludzie nie potrafili zapewnić poprzez Biuro Ochrony Rządu ochrony prezydenta, a później nie potrafili uczcić jego pamięci i do dzisiaj nie mamy w Warszawie jego pomnika. Wszystko to, wraz z badaniem katastrofy smoleńskiej zasługuje na potępienie. Mówię to z pełną odpowiedzialnością.
Prokuratura do dzisiaj nie jest w stanie odpowiedzieć polskiemu społeczeństwu na pytania, dlaczego nie zrobiono tego, co zaraz po katastrofie bezwarunkowo można było zrobić, czyli sekcji zwłok. To jest sprawa, która kompromituje organy państwa przy badaniu katastrofy.
Tak więc słowa Cimoszewicza nie tylko nie straciły na aktualności, ale kwestie, których dotyczyły, spotęgowały się.
Za każdym razem obiecuję sobie, że nie będę się już udzielał w tym wątku, ale widząc takie piękne zestawienie głupot przekłamań i kłamstw po prostu trudno się powstrzymać. Prawie miesiąc temu prosiłem naszego dyżurnego wklejacza bzdur, żeby nie cytował tu szmatławców, ale widać to silniejsze od niego :) Podpisuję się pod poprzednim postem - forum służy do dyskusji, a nie wklejania cudzych tekstów. Jeśli masz coś do powiedzenia to pisz, a nie chowaj się za cudzymi wypowiedziami. A teraz jeszcze rozwinę (mam nadzieję krótko) swoją opinię z pierwszego zdania. 1/ Głupoty a) Stan szczątków: czyste - źle (bo umyli - skąd ta pewność biorąc pod uwagę że tyle miesięcy leżały nieosłonięte - nie wiem), brudne - też źle b) Podstawa prawna (zał. 13 do Konwencji Chicagowskiej) - może coś mi umknęło, ale jakoś nie słyszałem by ktokolwiek zaproponował bardziej adekwatny dokument. Krytykować łatwo. Zaproponować alternatywę znacznie trudniej - nawet po 3 latach. 2/Manipulacje a) "Polityczne" umocowanie PKBWL i dr Laska jako jej przewodniczącego - oskarżenie to brzmi wyjątkowo groteskowo w ustach rzecznika PiS i przedstawicieli tzw. komisji Macierewicza składającej się wyłącznie z przedstawicieli tejże formacji politycznej i bazującej na opiniach tzw. "ekspertów", z których żaden nigdy nie brał udziału w wyjaśnianiu przyczyn katastrofy lotniczej, a jedynie (Berczyński) jeden ma jakikolwiek (choć nadal niejasny, bo jego wypowiedzi całkowicie temu przeczą) zawodowy związek z lotnictwem. O doświadczeniu dr-a Laska (który wszedł w skład PKBWL 7 lat przed katastrofą smoleńską) w obu tych dziedzinach nie będę pisał, bo łatwo to sobie wygooglać. b) Odtworzenie wraku jako metoda badania katastrof lotniczych (będę o tym jeszcze pisał w części "kłamstwa") - jest stosowane niezwykle rzadko. Ja osobiście wiem o dwóch takich przypadkach (TWA 800 oraz PanAm 103), być może jest ich nieco więcej, ale to i tak promil prowadzonych psotępowań. Co łączy obie te katastrofy? Ano to, że zapis na tzw. czarnych skrzynkach urwał się w trakcie normalnego lotu (gdy wszystkie parametry były w normie a rozmowy załogi nie dawały podstaw do przypuszczeń o ewentualnym błędzie w pilotażu). Takiej rekonstrukcji nie przeprowadza się jeśli katastrofę da się wyjaśnić innymi metodami - a w ogromnej większości przypadków wystarczą do tego rejestratory (np. słynny AF 447 czy Northwest 255). 2/ Kłamstwa a) Dostępność szczątków przechowywanych w hangarze. Przede wszystkim o tych pozostałościach wiadomo było od samego początku. Były one składowane na płycie lotniska w Smoleńsku w pewnym oddaleniu od największych fragmentów rozmieszczonych na tzw. obrysówce i posortowane (elementy hydrauliczne, elektryczne, fotele, itd.). Zdjęcia niektórych tych elementów znajdują się w załączniku nr 5 do raportu końcowego. b) Załącznik 13 do Konwencji Chicagowskiej - cytowany powyżej pan Pszczólkowski mający podobno wyższe studia (gratulacje) mówi, że zna konstrukcję tegoż dokumentu. Ośmielę się publicznie stwierdzić że kłamie. Oto link: http://www.icao.int/safety/AirNavigati
on/NationalityMarks/annexes_booklet_en.p
df Proszę o pokazanie mi palcem gdzie w tym dokumencie jest mowa już nawet nie o wymogu rekonstrukcji wraku ale w ogóle o takim postępowaniu. Jeśli przeoczyłem to odszczekam hau-hau. Ciekawe czy panowie Pszczólkowski i Sierakowski również.
I ostatni komentarz: dla ludzi mających jakiekolwiek pojęcie o lotnictwie w tej katastrofie nie ma absolutnie nic tajemniczego a zapisy FDR i CVR są całkowicie jednoznaczne (błędy w podejściu, rozpoczęcie odejścia na wysokości 20 m nad ziemią w zagłębieniu terenu) i nie pozostawiają żadnego miejsca dla teorii spiskowych. To właśnie dlatego PKBWL żąda jakichkolwiek dowodów na poparcie "wybuchowych" hipotez.
Wklejacza cytatów (i wszystkich zainteresowanych) zapraszam do dyskusji i ponownie proszę o zaprzestanie uciążliwego dla forumowiczów zaśmiecania wątku.
Ciekawe prorządowe podejście,cokolwiek co podważa narrację tzw Komisji Millera jest zaśmiecaniem wątku.Swoje wyjaśnienia "EKSPERCIE"zacznij od sławnego smsa dnia (dzień katastrofy)TO WINA PILOTÓW!Palikota bluzgającego na śp Lecha Kaczyńskiego oraz inne ofiary katastrofy(przemysł pogardy w najjaskrawszym wydaniu)kłamstwa posła Niesiołowskiego dotyczące ekshumacji śp Janusza Kurtyki,piszesz z zachwytem nad tzw ekspertem Laskiem(8.5 tyś mieś z kieszeni podatników za podtrzymywanie narracji komisji Millera)skoro odsyłasz zainteresowanych do interenetu w celu sprawdzenia kwalifikacji Laska,to sprawdź CV dr.inżynierii mechanicznej,profesora,wykładowcę University of Akron w Ohio WIESŁAWA BINIENDĘ. Napisz w jaki sposób komisja zajmująca się katastrofą nad Lockerbi doszła do prawdy?NIC NIE JEST WYJAŚNIONE,MOŻE DLA TAKICH JAK TY,ALE DLA SPOREJ CZĘŚCI SPOŁECZEŃSTWA,NIE JEST!!(mam małą prośbę przestańcie już obrażać pana posła A.Maciarewicza,ja wiem,że co drugi w Przasnyszu ma większe zasługi w walce z czerwoną dyktaturą)
najlepsze bajki opowiada Lasek za publiczne pieniądze,logika była pierwszego dnia-TO WINA PILOTÓW,przekopanie ziemi na metr i jej przesiewanie,sekcje zwłok?jakie były okazało się,TO JEST DLA CIEBIE LOGIKA!!!
Doktorze Lasek, DON’T SINK, DON’T SINK! Wyjątkowa bezczelność szefa rządowego zespołu
Wczorajsza wypowiedź doktora Macieja Laska dla TVP Info wpisuje się w najbardziej parciany nurt kampanii wymierzonej ogólnie przeciwko pilotom 36 splt, a załodze śp. majora Protasiuka w szczególności. Jest ona tak kuriozalna, że nie sposób przejść nad nią do porządku dziennego. I to z kilku względów.
W rozmowie z TVP Info doktor Lasek stwierdził [1]:
„od 2008 roku do katastrofy urządzenie zapisało aż 125 alarmów TAWS (chodzi o system ostrzegający o nadmiernym zbliżaniu się do ziemi- przyp. M.D.), generowanych, gdy samolot nieprawidłowo podchodził do lądowania”.
Ta wypowiedź jest prymitywną próbą wmówienia niezorientowanym odbiorcom nieistniejącego związku „włączony alarm TAWS = nieumiejętność lądowania”.
CZY 125 RAZY NIE UMIELI LATAĆ?
Sprawa jest oczywiście o wiele bardziej skomplikowana, niż próbuje to przedstawić Lasek, który sam, jako czynny pilot, powinien mieć świadomość, że po prostu bezczelnie kłamie – chyba, że nigdy nie używał TAWS-a- ale, jeśli tak, to jakim prawem feruje wyroki w sprawach, o których nie ma pojęcia?
Alarm TAWS może np. włączyć się w wyniku usterki awioniki, na ustabilizowanej ścieżce, zaś sam system generuje sygnały o różnym stopniu ważności, na które reaguje się w różny sposób. Pomijam już szczegół, że „krzyk” systemu TAWS jest zupełnie normalny w okolicy lotnisk wojskowych, których nie ma w bazie danych systemu. Nie ma zaś dlatego, że kolejni Ministrowie Obrony Narodowej przez kolejne dekady nie podjęli decyzji o wyasygnowaniu góra kilku tysięcy dolarów na zakup rozszerzonej bazy.
DOKTORA LASKA PŁYWANIE PO TEMACIE
Byłoby jednak wyjątkową złośliwością wypominanie doktorowi, że po zapoznaniu się z dokumentacją 36.splt nie wie, iż w polskich tupolewach TAWS potrafił włączać się notorycznie po starcie (tak, panie doktorze, PO STARCIE, a nie przed lądowaniem!) – choćby z Bagram, w bardzo trudnym terenie i rozrzedzonym powietrzu. W jednym ze znanych mi przypadków TAWS włączył się z powodu awarii autopilota. Standardowo generował także alarmy w lotach treningowych w czasie odejść na drugi krąg, kiedy samolot zgodnie z procedurami oddalał się w górę od ścieżki ILS (GLIDESLOPE). A takich odejść mogło być kilka w jednym locie treningowym - wg narracji Laska te wszystkie ćwiczone odejścia to błędy załogi! TAWS potrafił wreszcie włączyć się wtedy, gdy maszyna (zgodnie z rozkazem i planem lotu) musiała wylądować na pasie o długości mniejszej niż przewidują cywilne normy, i należało w końcówce lotu tak zmienić prędkość opadania, aby idealnie trafić w próg, a nie miejsce oddalone od niego o 300 metrów, aby nie „przesmarować” i nie zatrzymać się poza pasem z uszkodzonym podwoziem. Piloci wojskowi byli zmuszeni do nauczenia się i stosowania manewrów, które cywilom - takim jak doktor Lasek - po prostu się nie śniły.
Porażająca skala niekompetencji, która wychodzi z cytowanej wypowiedzi Laska każe poważnie zastanowić się, czy komisja w ogóle analizowała poszczególne przypadki włączenia się TAWS, czy tylko bezmyślnie spisała liczbę „125” z dostępnej dokumentacji 36 splt i na podstawie własnej niewiedzy, ewidentnie złej woli oraz politycznego zapotrzebowania wydała ustami swojego przewodniczącego wyrok na całą eskadrę.
Idąc tokiem rozumowania doktora Laska, włączenie się w pilotowanym przez niego samolocie podczas przelotu przez turbulencje alarmu TAWS WINDSHEAR („uskok wiatru”) lub wykonanie odejścia na drugie zajście w ścieżce ILS musiałyby skutkować jednoznacznym wnioskiem, że sam doktor po prostu nie potrafi latać. Niech więc i tak będzie. Bo na to, że Maciej Lasek potrafiłby stutonową maszyną przemknąć między afgańskimi górami, i tak raczej liczyć nie możemy. Jednak jego stwierdzenie o „niskim standardzie wykonywania lotów” przez załogi 36 splt w kontekście powyższych informacji jest wyjątkowo bezczelne.
JEDEN TAWS INCYDENTU NIE CZYNI
Przyjmijmy jednak na chwilę, że Lasek ma rację, i polscy piloci tupolewów jak rasowi kamikaze notorycznie kozaczyli przed lotniskami, nawet tymi, które w bazie danych się znajdują. A jeśli tak, to równie dobrze o tym, co robili piloci, wiedziała miejscowa kontrola ruchu lotniczego i służby bezpieczeństwa lotów, profesjonalne i nienawykłe do zamiatania ułańskich incydentów pod dywan. W lotnictwie, o czym Lasek najwyraźniej wybiórczo zapomniał, obowiązują procedury, i łatwo z niezależnych źródeł sprawdzić, ile z tych 125 alarmów TAWS, o których wspomniał, rzeczywiście oznacza incydenty lotnicze, a w szczególności- zagrożenia bezpieczeństwa lotu.
W razie zauważenia potencjalnego naruszenia bezpieczeństwa przez załogę polskiego tupolewa, odpowiednie służby z lotniska, w okolicy którego zauważono takie wątpliwe zachowanie, obligatoryjnie przesyłały odpowiedni raport do polskiego Urzędu Lotnictwa Cywilnego. Oznacza to, że każde złamanie przepisów, o którym mówi Lasek, zostawiłoby swój ślad nie tylko w Polsce, ale i za granicą. A ponieważ za granicami Polski doktor nie ma monopolu na dawkowanie informacji, możemy mieć nadzieję, że ktoś skutecznie sprawdzi, jakie to naruszenia procedur miały miejsce w Paryżu i Tel-Awiwie, a niewykluczone, że i w innych ze wspomnianych 125 przypadków.
SĘDZIOWIE WE WŁASNEJ SPRAWIE
Raport, który trafiał do Urzędu Lotnictwa Cywilnego, był kierowany dalej do Sił Powietrznych, do Inspektoratu MON ds. Bezpieczeństwa Lotów, kierowanego przez… prawą rękę doktora Laska w Komisji Millera, podpułkownika (obecnie pułkownika), Mirosława Grochowskiego. W każdej takiej sprawie należało wszcząć postępowanie, aby potwierdzić lub wykluczyć zaistnienie zagrożenia bezpieczeństwa lotów. Na okoliczność tak otrzymania każdej sprawy z ULC, jak i przeprowadzenia postępowania powinny być ślady w dokumentacji Inspektoratu.
Sam Grochowski co roku kontrolował 36 splt - i chciałoby się zapytać- jeśli wtedy było tak dobrze, dlaczego teraz jest tak źle? I gdzie są ślady tego nieprofesjonalizmu załóg, o którym właśnie teraz rozprawia doktor Lasek, w raporcie KBWL LP, zgodnie z deklaracją Jerzego Millera, „bardziej bolącego” niż raport MAK?
PROBLEMY, PROBLEMY
Dowódcy 36 splt wielokrotnie[2] monitowali szefostwo Techniki Lotniczej Inspektoratu Wsparcia SZ o dostarczenie przetłumaczonych na język polski uaktualnionych rosyjskich instrukcji do Tu-154M, dostosowanych do wyposażenia awionicznego polskich maszyn (np. w rosyjskich instrukcjach i ich używanym w pułku polskim odpowiedniku pochodzącym z PLL „LOT” nie zawarto procedur związanych chociażby z systemem TAWS, a także wieloma elementami zachodniego wyposażenia nawigacyjnego, których nie zawierała oryginalna dokumentacja OKB Tupolew). Notoryczny brak paliwa, także niezawiniony przez personel 36 splt, powodował konieczność wykorzystywania każdego fragmentu lotu dyspozycyjnego, w którym na pokładzie nie było pasażerów, do celów szkoleniowych- a co za tym idzie, pojawiały się biurokratyczne problemy ze spełnieniem wymogów pochodzącego jeszcze z lat 70-tych XX wieku systemu szkolenia, opracowanego dla samolotów bojowych, w ogóle nie uwzględniającego specyfiki lotnictwa transportowego.
W takim „kontekście sytuacyjnym” była zmuszona działać jednostka, o której teraz doktor Lasek ex cathedra wypowiada się w sposób lekceważący i widzi w niej całe zło.
Dopóki jednak nie zwróci on publicznie uwagi na faktycznie winnych braku finansowania rzeczy najbardziej niezbędnych do normalnej pracy personelu jednostki (np. paliwo, części zamienne) – a więc konkretnych posłów na sejm, uchwalających budżety MON, oraz kolejnych Ministrów Obrony Narodowej, i wreszcie nie wskaże imiennie odpowiedzialnych z najwyższych szczebli władzy - pozostanie tylko mizernym propagandystą na politycznych usługach partii rządzącej. Wiedzącym, czego trzeba[3], a czego nie należy dotykać, aby nie narazić się „górze” i nie stracić dostępu do konfitur, do których go dopuszczono z pieniędzy podatników.
NIEWYOBRAŻALNA HUCPA
Kuriozalny występ doktora Laska należy zauważyć także z jeszcze jednego powodu - otóż, powołuje się on na alarmy TAWS zapisane w polskich „czarnych skrzynkach” tupolewów z 36.splt. Cała dokumentacja związana z zapisami parametrów lotu samolotu „101” jest w gestii Prokuratury Wojskowej, a jej udostępnienie lub upublicznienie każdorazowo wymaga zgody prokuratorów prowadzących śledztwo.
Z własnego doświadczenia wiem, że prokuratorzy nie kwapią się do udostępniania żadnych danych środowisku naukowemu, zajmującemu się Katastrofą Smoleńską.
Tym gorzej wygląda w tej sytuacji decyzja śledczych, aby wziąć udział w firmowanym przez doktora Laska propagandowym przedsięwzięciu, polegającym na zarzuceniu całej eskadrze Tu-154M z 36 splt skrajnej niekompetencji – bo takie, niezależnie od intencji prokuratorów, są wyniki decyzji, na mocy której komisja Laska otrzymała od nich informacje z „czarnej skrzynki” Tu-154M „101” dotyczące liczby włączonych alarmów TAWS, a następnie zinterpretowała je w sposób wyjątkowo oszczędnie gospodarujący prawdą.
To żołnierze żołnierzom (nie tylko poległym pod Smoleńskiem, ale i żyjącym pilotom z 36 splt) zgotowali ten los, i warto o tym pamiętać, obserwując tych ludzi w polskich mundurach na kolejnej konferencji prasowej. Ludzi, którzy- jak sami zadeklarowali- nie mają zamiaru ujawnić żadnych szczegółów opinii psychologicznej na temat załogi tupolewa „101”, nawet tych, które byłyby dla tragicznie zmarłych lotników korzystne w obliczu procesu który niedługo ma zacząć się w Rosji - zasłaniając się, a jakże, własną empatią i troską o „dobro rodzin” pilotów.
NIEWYGODNE PYTANIA
Kłamstwo, którym uraczył publiczność doktor Maciej Lasek ma wprawdzie krótkie nogi, ale dokładnej skali bezczelnej hucpy, którą nam zafundował, nie poznamy, dopóki nie otrzymamy odpowiedzi na następujące pytania:
- ile raportów dotyczących możliwego spowodowania niebezpieczeństwa w ruchu lotniczym przez załogi eskadry Tu-154M z 36 splt wpłynęło do Urzędu Lotnictwa Cywilnego w latach 2008-2010?
- ile z nich zostało przekazanych do Inspektoratu MON ds. Bezpieczeństwa Lotów, kierowanego przez płk. Mirosława Grochowskiego?
- ile postępowań w sprawie spowodowania niebezpieczeństwa w ruchu lotniczym przez załogi eskadry Tu-154M z 36 splt w latach 2008-2010 wszczął Inspektorat?
- ile z tych postępowań zakończyło się stwierdzeniem winy personelu latającego?
- gdzie był płk Grochowski, gdy miał osobiście zapoznawać się z ustaleniami specjalnej komórki 36 splt, zajmującej się tylko i wyłącznie analizami możliwych przekroczeń dopuszczalnych parametrów lotu, w tym alarmów TAWS, na podstawie „czarnych skrzynek”, i wtedy, gdy dawał 36 splt pozytywne oceny z bezpieczeństwa, organizacji i zabezpieczenia lotów oraz realizacji szkolenia lotniczego?
- czy płk Grochowski zgadza się z ostatnią narracją doktora Laska, według której wszystkie 125 włączeń alarmów TAWS było równoznaczne z błędami załóg? Czy w związku z zarzutami Laska, który de facto wczoraj udzielił mu 125-krotnego votum nieufności, nie powinien podać się do dymisji ze stanowiska szefa Inspektoratu MON ds. Bezpieczeństwa Lotów, jako człowiek skrajnie nieporadny?
- jeśli zaś takiego znaku równości pomiędzy TAWS-ami a niekompetencją lotników postawić nie można- jaki jest sens marnowania publicznych pieniędzy na ciepłą posadkę dla doktora Macieja Laska- bardziej propagandysty, niż eksperta i pilota?
Dopiero odpowiedź na powyższe pytania unaoczni nam skalę manipulacji, której doktor Maciej Lasek próbuje dokonać, mając najwyraźniej nadzieję na mentalne „wdrukowanie” wyjeżdżającym akurat na wakacje rodakom zbitki pojęć „125 razy krzyczący TAWS = 125 razy błędy niedoszkolonej załogi samolotu = katastrofa w Smoleńsku”.
ODPOWIEDŹ BARDZIEJ NIEWYGODNA NIŻ PYTANIA
Jak się okazuje, do Urzędu Lotnictwa Cywilnego w latach 2008-2010 wpłynęła tylko JEDNA informacja – zawiadomienie o zdarzeniu związana z przekroczeniem procedur bezpieczeństwa samolotów Tu-154M z 36 splt, i to niezwiązana z lądowaniem, lecz niedotrzymaniem wymaganej prędkości wznoszenia po starcie w locie treningowym. W incydencie nie brał udziału śp. major A. Protasiuk. W sprawie incydentu KBWL nie wydała żadnych zaleceń dotyczących bezpieczeństwa lotów.
Jak teraz wygląda doktor Maciej Lasek z jego „„niskim standardem wykonywania lotów” przez załogi eskadry tupolewów 36 splt i 125 alarmami TAWS- niech Czytelnicy ocenią sami.
[cytat]gratuluję ale jednak prawda w oczy kole widzimy kij w czyimś oku ale w swoim zdzbła nie zobaczymy-panie m......[/cytat] pan M kończył studia ale spychologii-problem zepchać na kogoś innego a swojego mleka pod nosem nie widzi,a byłoby go dużo
[quote=]Ciekawe prorządowe podejście,cokolwiek co podważa narrację tzw Komisji Millera jest zaśmiecaniem wątku.Swoje wyjaśnienia "EKSPERCIE"zacznij od sławnego smsa dnia (dzień katastrofy)TO WINA PILOTÓW!Palikota bluzgającego na śp Lecha Kaczyńskiego oraz inne ofiary katastrofy(przemysł pogardy w najjaskrawszym wydaniu)kłamstwa posła Niesiołowskiego dotyczące ekshumacji śp Janusza Kurtyki,piszesz z zachwytem nad tzw ekspertem Laskiem(8.5 tyś mieś z kieszeni podatników za podtrzymywanie narracji komisji Millera)skoro odsyłasz zainteresowanych do interenetu w celu sprawdzenia kwalifikacji Laska,to sprawdź CV dr.inżynierii mechanicznej,profesora,wykładowcę University of Akron w Ohio WIESŁAWA BINIENDĘ. Napisz w jaki sposób komisja zajmująca się katastrofą nad Lockerbi doszła do prawdy?NIC NIE JEST WYJAŚNIONE,MOŻE DLA TAKICH JAK TY,ALE DLA SPOREJ CZĘŚCI SPOŁECZEŃSTWA,NIE JEST!!(mam małą prośbę przestańcie już obrażać pana posła A.Maciarewicza,ja wiem,że co drugi w Przasnyszu ma większe zasługi w walce z czerwoną dyktaturą)[/quote]
Chyba nie zrozumiałeś próśb o niezaśmiecanie wątku. Nie mam nic przeciwko merytorycznej dyskusji. Nie podoba mi się tylko wklejanie długaśnych cytatów bez żadnych komentarzy. Jeśli chcesz się odnosić do takich opinii to wklej link i napisz co masz do powiedzenia. Jeśli nie chcesz tego komentować to daruj sobie wklejanie. Kto chce ten znajdzie. W poprzednim poście jasno napisałem, że pan Pszczółkowski kłamie. Skoro wkleiłeś jego wypowiedzi, to chyba jesteś winien czytelnikom forum odniesienie się do tego zarzutu? I jeszcze krótko odpowiem na to co pisałeś: 1/ Moje podejście nie jest ani pro ani antyrządowe. Uważam, że raport komisji Millera (która w przeciwieństwie do komisji Macierewicza nie jest tworem politycznym) w miarę rzetelnie wyjaśnia przyczyny katastrofy. Brakuje mi tu wyjaśnienia paru niuansów (wcześniej już wspominałem jakich) ale liczę na to, że zajmie się nimi prokuratura. 2/ Zabawy polityczne, bluzgania ani Palikotów ani Kaczyńskich mnie nie interesują. 3/ "Sławny SMS" - trudno się dziwić że pojawiły się podejrzenia o błędzie pilotów, skoro biorąc pod uwagę warunki pogodowe i nędzne wyposażenie lotniska, tej próby lądowania w ogóle być nie powinno... To nieszczęsne podejście samo w sobie było błędem - był nim już w zasadzie sam wylot z Warszawy. 4/ Jeśli chodzi o CV pana Biniedy to interesują mnie wyłącznie jego kompetencje w zakresie lotnictwa i badania katastrof lotniczych. Takowych nie posiada. 5/ O katastrofie w Lockerbie (PanAm 103) wspomniałem w swoim poprzednim poście. Jeśli nie wiesz dlaczego tam dokonano rekonstrukcji wraku (jeden z dwóch takich przypadków) to polecam najpierw poczytać - materiałów jest bardzo dużo. Skoro powołujesz się na Lockerbie to wskaż proszę podobieństwa. 6/ Twierdzę, że poseł Macierewicz nie ma kompetencji w obszarze w którym się wypowiada, bazując na wnioskach niekompetentnych członków komisji, którzy z kolei wyciągają wnioski ignorując fakty albo wręcz wbrew faktom. Jeśli uważasz to za obrazę to tak, obrażam go. Niestety sporej części społeczeństwa zdrowo namieszał w głowach... Cała bieda ze Smoleńskiem polega na tym, że zajmują się nim politycy. A Ci (nie tylko w Polsce) najgłośniej mówią o tym, na czym się najmniej znają (żeby brzmieć przekonująco - stąd zamiast merytorycznych argumentów wzmocnienia emocjonalne: "niesłychane", "haniebne", "niewyobrażalne", "zdumiewające"). Nawet na tym forum ten temat jest w dziale "Polityka".
A fakty są takie: we mgle, grubo poniżej wymaganej widoczności (minima!!!)w nieustabilizowanym podejściu (za szybko, za stromo, z silnikami na zbyt małej mocy) załoga rozpoczęła odejście na drugi krąg w jarze na wysokości 20 m nad ziemią (kilka metrów nad poziomem pasa!!!); na trasie ostatniego kilometra z hakiem pozostały wykoszone drzewa. Rejestratory (jeden odczytany tylko w Polsce) pokazują jasno kiedy ściągnięto stery i dodano mocy, pokazują też rozpaczliwą próbę opanowania pogłębiającego się przechyłu w lewo (sterownica skręcona maksymalnie w prawo). Pokazują też jak do tego wszystkiego doszło. Tu się kończą fakty i pozostaje ich interpretacja. Kto ma jakie takie pojęcie o lotnictwie ten wie, że to co działo się na wysokości 50, 30 czy 10 metrów nie ma już znaczenia, tam się szuka już SKUTKÓW, a nie PRZYCZYN.
Kto chce niech wierzy, jak każe Wódz, w wybuchy i to, że drzewa pościnały krasnoludki z KGB. Ja w krasnoludki nie wierzę.
I jeszcze dwa słowa do kolejnego wklejonego cytatu, tym razem pana Dąbrowskiego (po raz kolejny proszę o niezaśmiecanie forum takimi wpisami - wystarczy link i komentarz). Jeśli chodzi o TAWS, to niestety dr Lasek ma rację. Jeśli generuje komunikaty "TERRAIN AHEAD" i "PULL UP" a nie widać pasa, to trzeba spier... a potem sprawdzać co poszło nie tak. Podejście zaprezentowane przez pana Dąbrowskiego powoduje, że polskie lotnictwo wojskowe ma mistrzostwo świata i 66% udział w całkowitej liczbie wypadków typu CFIT na samolotach wyposażonych w TAWS (Mirosławiec: wyłączony TAWS - nieprzeszkolona załoga, Smoleńsk: piloci wiedzieli lepiej, rosyjski Sukhoi Superjet z maja 2012: piloci wiedzieli lepiej)... Mało chwalebny rekord... Argumenty o Afganistanach i krótkich pasach nie mają nic do rzeczy - jeśli widzi się pas i teren przed sobą i kontroluje się wysokość i prędkość to TAWS jest zbędny. Wynaleziono go po to, by ratował d... kiedy niewiele widać. A przy lądowaniu na lotniskach, których nie ma w bazie uruchamia się tryb "Terrain Inhibit", który ogranicza generowanie alarmów do sytuacji krytycznych.
I w tym artykule mamy chyba również do czynienia z niezrozumieniem podstawowych tez raportu Millera. To działania załogi doprowadziły do katastrofy, ale w gruncie rzeczy piloci też byli ofiarami - oszczędności w 36 pułku (politycy latać by chcieli, ale zapewnić pieniądze na sprzęt, uposażenia dla pilotów, szkolenia itd. już niekoniecznie - i trwało to już od lat); przymykanie oczu na nieprawidłowości w szkoleniach; przyzwolenie na łamanie procedur (wbrew temu co pisze pan Dąbrowski wcale nie wszystkie takie przypadki są zgłaszane, choćby Jak lądujący w Smoleńsku poniżej minimów przed Tu, czy podobne lądowanie w Gdańsku o którym wspominała załoga Tu w czasie lotu do Smoleńska) i wreszcie chora polityka kadrowa - związana też pewnie z oszczędnościami (kpt. Protasiuk szkolił się na Embraery 170, żeby przejść do cywila...). Jak to możliwe, że loty z VIPami nie są zwieńczeniem kariery i marzeniem pilotów cywilnych, dostępnym tylko dla najlepszych i najbardziej doświadczonych pilotów, a jest wręcz przeciwnie - kto może ucieka, a linie wojskowych pilotów za bardzo zatrudniać nie chcą?
Mogę odpowiedzieć tylko AMEN,nie jedna sprawa,pytasz o podobieństwa z atakiem terrorystycznym nad Lockerbie,otóż takowych nie ma z jednego prozaicznego powodu,WRAK NIE WRÓCIŁ,WIĘC CO CHCESZ PORÓWNYWAĆ? CO BADAĆ?TO CO RUSKI ZE ŚMIECHEM NA USTACH PODRZUCĄ?TO MÓJ OSTATNI WPIS.
[cytat]Mogę odpowiedzieć tylko AMEN,nie jedna sprawa,pytasz o podobieństwa z atakiem terrorystycznym nad Lockerbie,otóż takowych nie ma z jednego prozaicznego powodu,WRAK NIE WRÓCIŁ,WIĘC CO CHCESZ PORÓWNYWAĆ? CO BADAĆ?TO CO RUSKI ZE ŚMIECHEM NA USTACH PODRZUCĄ?TO MÓJ OSTATNI WPIS.[/cytat]
Ale oczywiście, że nie ma żadnych podobieństw z Lockerbie. Jeśli o tym wspominasz, to nie masz pojęcia o czym piszesz. Tam samolot rozpadł się na wysokości przelotowej, zapisy rejestratorów urywały się nagle, wiadomo było że coś wybuchło i trzeba było dojść co i gdzie. W przypadku naszej tutki i FDR i CVR pokazują jasno, że chłopaki wpakowali się w sytuację z którą sobie nie poradzili. Wrak był badany przez naszych nie raz i nie dwa i co z tego? Nie tam są przyczyny a w Warszawie. A że Rosjanie pogrywają? Pewnie że tak! Od dziesiątek i setek lat doskonalili politykę "dziel i rządź". Tak długo jak niektórzy politycy PiS będą grali tą kartą chcąc osiągnąć doraźne polityczne korzyści i jednocześnie ośmieszając Polskę na zewnątrz, a osłabiając i dzieląc wewnątrz, tak długo Rosjanie będą z tego korzystać.
Prowadzone w Poznaniu śledztwo, które dotyczy okoliczności zaniechania przeprowadzenia sekcji zwłok ofiar katastrofy smoleńskiej zostało przedłużone o dwa miesiące - podaje "Nasz dziennik". Prokuratorzy zamierzają przesłuchać jeszcze jednego świadka, potem zadecydują, jaki będzie dalszy tok śledztwa.
Zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa złożył mec. Piotr Pszczółkowski, pełnomocnik części rodzin ofiar, m. in. Jarosława Kaczyńskiego. Pszczółkowski zawarł w nim podejrzenie mataczenia i niedopełnienia obowiązków służbowych, które miało skutkować nieprzeprowadzeniem powtórnych sekcji zwłok ofiar katastrofy smoleńskiej, już w Polsce.
Pszczółkowski przypomina, że w tej sprawie wypowiedział się 22 kwietnia br. na łamach "Gazety Wyborczej" prokurator generalny Andrzej Seremet. Przełożony prokuratorów stwierdził, że "nie było konieczne wykonywanie sekcji w Polsce", co miało być wyraźną sugestią, jak prowadzić śledztwo.
Zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa wpłynęło do prokuratury w ubiegłym roku. Ze względu na zachowanie obiektywności trafiło ono do Poznania, a dodatkowo prowadzi je cywilny prokurator Jacek Berdyj.
źródło: naszdziennik.pl/Wuj
Są dowody na kolejne fałszerstwo strony rosyjskiej. "Gazeta Polska Codziennie" wskazuje, że zapisy z nagrań czarnych skrzynek tupolewa, który uległ katastrofie smoleńskiej, mają dwie rozbieżne wersje. Co ciekawe, rosyjską błędną wersję podano również w raporcie Millera.
"GPC" pisze, że Rosja przekazała Polsce zmanipulowane kopie nagrań z czarnych skrzynek tupolewa, a oszustwo dotyczy jednej z kluczowych komend wieży kontrolnej, którą Rosjanie podali dowódcy Tu-154M Arkadiuszowi Protasiukowi.
Gazeta przypomina, że Tu-154M był źle sprowadzany przez rosyjskich kontrolerów. Wieża w Smoleńsku podawała polskiej załodze komendę „na kursie, na ścieżce”, mimo że samolot tam się nie znajdował. Utwierdziło to pilotów w błędnym przekonaniu, że znajdują się na właściwym kursie.
Obecnie okazuje się, że istnieją dwie wersje jednej z komend wydawanych przez rosyjskich kontrolerów. W jednej wersji kontroler wydaje pilotowi komendę: „101 odległość dziesięć wejście na ścieżkę”. W drugiej: „101 odległość dziewięć wejście na ścieżkę”.
"GPC" przypomina, że szefowa MAK Tatiana Anodina w prezentacji multimedialnej pokazującej zapis lotu Tu-154M wskazywała fragment stenogramów, w którym odczytała komendę wypowiedzianą po rosyjsku jako: „101 odległość dziesięć, wejście na ścieżkę”, a jednocześnie pokazywała wizualizację, na której wskazywała wyraźnie… „odległość dziewięć”.
W ekspertyzach wykonanych na kopiach skrzynek CVR przez Centralne Laboratorium Kryminalistyczne Policji (na zlecenie komisji Jerzego Millera) i Instytut im. Sehna w Krakowie (na zlecenie prokuratury wojskowej) biegli odczytali komendę wypowiedzianą po rosyjsku jako „odległość dziewięć, wejście na ścieżkę”.
Sprawa rosyjskiego fałszerstwa była potrzeba stornie rosyjskiej.
Przyczyną manipulacji może być próba wyjaśnienia braku reakcji KLS (wieży) na odchylenia położenia samolotu Tu-154M od obowiązującej ścieżki podejścia poza dopuszczalną tolerancję – czyli próba ukrycia błędu rosyjskich kontrolerów
- podaje "GPC".
Gazeta wskazuje również, że z niewiadomych przyczyn zmanipulowany zapis rosyjski został skopiowany przez polską rządową komisję, kierowaną przez Jerzego Millera.
„GPC” zaznacza, że do dziś nie wiadomo, dlaczego członkowie komisji Millera odrzucili wynik własnej ekspertyzy fonoskopijnej kopii nagrania czarnej skrzynki Tu-154M, w której zapisano odczyt „101 odległość dziewięć wejście na ścieżkę”.
KL,GPC
I dalej pitolenie o pierdołach nie mających żadnego znaczenia. To co w końcu było? Hel, meaconing, wielki ruski magnes, bomba baryczna, rakieta, bomba, 15 małych bombek? A w kokpicie do 20 odliczał minutnik do jajek? Rozpoczęcie odejścia na wysokości 15 metrów nad ziemią (poniżej poziomu pasa) przy warunkach poniżej minimów i nieustabilizowanym podejściu (zbyt duże prędkości opadania i postępowa) to zupełnie naturalna sprawa i nie ma co o tym wspominać? Zlitujcie się już...
To co w końcu było? Hel, meaconing, wielki ruski magnes, bomba baryczna, rakieta, bomba, 15 małych bombek? A w kokpicie do 20 odliczał minutnik do jajek?
Raport p.Maciarewicza jest ogólnie dostępny,można się z nim zapoznać,wskaż mi w który miejscu rzeczonego dokumentu znajdują się tezy o których to byłeś tak miły wspomnieć?(Komisja Millera nie badała wraku,pancernej brzozy,nie miała i nie ma dostępu do oryginalnych czarnych skrzynek,Rosjanie do tej pory nie zwrócili telefonu Prezydenta Lecha Kaczyńskiego,broni Borowców,nie przeprowadziła sekcji zwłok)więc masz rację WSZYSTKO JUŻ JEST KLAROWNE!!!
[quote=]
Raport p.Maciarewicza jest ogólnie dostępny,można się z nim zapoznać,wskaż mi w który miejscu rzeczonego dokumentu znajdują się tezy o których to byłeś tak miły wspomnieć?(Komisja Millera nie badała wraku,pancernej brzozy,nie miała i nie ma dostępu do oryginalnych czarnych skrzynek,Rosjanie do tej pory nie zwrócili telefonu Prezydenta Lecha Kaczyńskiego,broni Borowców,nie przeprowadziła sekcji zwłok)więc masz rację WSZYSTKO JUŻ JEST KLAROWNE!!! [/quote]
Wszystkie teorie, o których napisałem powyżej były przedstawiane w mediach przez przedstawicieli tejże komisji. Komisja Millera badała zarówno wrak jak i brzozę (również polecam lekturę raportu). Nagrania dwóch rejestratratorów katastroficznych były kopiowane w obecności przedstawicieli tejże komisji, oryginały były badane i nie stwierdzono ingerencji w ich zapisy. Co najważniejsze, wbrew temu co piszesz, jeden z rejestratorów (ATM-QAR, zapisujący parametry lotu) był odczytywany w Polsce i Rosjanie nigdy nie mieli do niego dostępu. Oczywiście, jeśli chodzi o zwrot telefonu czy broni masz całkowitą rację i Rosjanie w oczywisty sposób grają na wzmaganie napięcia w Polsce, nie tylko w tych przypadkach. Tylko pytanie jakie realnie ma to znaczenie dla sprawy? Żadne. Napisałeś(aś) o tzw. "pancernej brzozie" - dla jasności - jest to bardzo ładne i chwytliwe PR-owe określenie wymyślone przez p. Macierewicza. Problem w tym, że od a do z nieprawdziwe. Skrzydło samolotu służy w uproszczeniu do dwóch rzeczy: rozdzielania strug powietrza oraz wytwarzania siły nośnej i przenoszenia jej na kadłub. W żadnym przypadku nie jest przeznaczone do koszenia drzew. Jak kończy się spotkanie z przeszkodami terenowymi możesz sobie poczytać np. tutaj: http://pl.wikipedia.org/wiki/Katastrofa_ lotu_Northwest_Airlines_255
albo zobaczyć: http://www.youtube.com/watch?v=AZjMbhaZ- LI (12 i 25 sekunda).
Zapisy rejestratorów paramterów lotu i rozmów pokazują niestety całkowicie klarowny i jednoznaczny obraz.
Uważam, że p. Macierewicz jest wyjątkowym szkodnikiem także dlatego, że swoimi paranoicznymi i absurdalnymi twierdzeniami w zasadzie całkowicie zablokował dyskusję na ten temat. A ciekawych pytań można zadać wiele, np.:
- Jak wyglądało wdrażanie zaleceń z raportu po katastrofie w Mirosławcu i jak to możliwe, że dwa lata później następuje bliźniaczo podobny wypadek?
- Dlaczego nie zbadano innych przypadków lądowań poniżej minimów w wykonaniu załóg z 36 pułku (ze stenogramów z rejestratora rozmów feralnego lotu wiemy o przynajmniej jednym takim przypadku)?
- Kiedy ostatnio załoga PLF101 ćwiczyła odejście przy podejściu nieprecyzyjnym?
- Jak to możliwe, że instrukcje operacyjne obowiązujące w 36 pułku przewidywały użycie radiowysokościmierza w końcówce podejść w warunkach IFR?
Można by tak dłużej wymieniać, tylko kogo interesują takie niuanse, skoro wiadomo, że były dwa wybuchy (czy raczej jak ostatnio twierdził jeden z "ekspertów" samozwańców już "wiele małych wybuchów")?
Berczyński o zespole Laska: „Będą szukali dziury w całym, jakiegoś wyjścia, żeby wyszło na ich. Zaangażowali w to cały swój autorytet, kariery”
Z dr. inż. Wacławem Berczyńskim, wieloletnim konstruktorem lotniczym Boeinga, rozmawia Piotr Falkowski
Powstały niedawno zespół, mający wyjaśniać raport komisji Millera pod kierunkiem dr. Macieja Laska, ogłosił, że jest gotów do spotkania z ekspertami zespołu parlamentarnego, ale pod pewnymi warunkami. Kiedy spotkanie?
– Pan Lasek wydał oświadczenie cytowane przez media, w którym mówi o swojej propozycji, żebyśmy przedstawili dowody naszych ustaleń. „Przypominamy, że propozycja zespołu skierowana została do panów Berczyńskiego, Biniendy i Nowaczyka” – pisze dosłownie, wymieniając te trzy nazwiska. Otóż ja żadnego listu od pana Laska z żadną propozycją nie dostałem. Korzystając z okazji, proszę, żeby podał, kiedy i na jaki adres wysłał ten list albo powinien przeprosić. To mnie uderzyło, że on mówi takie rzeczy zupełnie nieprawdziwe. Jestem w kontakcie także z wymienionymi kolegami i wiem, że oni również żadnego listu nie dostali. Słyszałem, że wysłał list do pana Macierewicza. Potem niby dziwi się w swoim oświadczeniu, że mu odpowiedział Macierewicz.
Wyobraźmy sobie jednak, że jakoś w końcu dojdzie do spotkania obu zespołów. Jak Pan sobie je wyobraża?
– My w trójkę i jeszcze dr inż. Szuladziński mamy określone specjalizacje. Dla mnie najbardziej naturalne byłoby, żeby z ich zespołu został wytypowany ktoś, kto się zna na konstrukcjach lotniczych, tak jak ja; na metodzie elementu skończonego – jak Binienda i tak dalej. Niech rozmawia Berczyński z odpowiednikiem Berczyńskiego, a Binienda z odpowiednikiem Biniendy. Jeśli chodzi o mnie, to niech znajdą inżyniera, który jest konstruktorem samolotów, zna się na analizie strukturalnej. Wtedy moglibyśmy sobie porozmawiać fachowo, bo będziemy mówili tym samym językiem na ten sam temat. Wówczas zapewniam, że nie będziemy mówić o polityce, tylko o wytrzymałości. Obawiam się, iż cały problem nie leży w tym, jak będzie zorganizowane to spotkanie, tylko w tym, że oni takich specjalistów od naszych konkretnych specjalności nie mają. Wypowiada się głównie pan Lasek, który podaje, że jest specjalistą od aerodynamiki. To akurat nie jest moja dziedzina.
Maciej Lasek chce, żeby to spotkanie było zamknięte dla mediów.
– Nie wiem, dlaczego. Uważam, że spotkanie musi być co najmniej dokumentowane. Żeby później ktoś nie twierdził, że ja powiedziałem coś, czego nie powiedziałem. Dla mnie osobiście nie ma takiego znaczenia, czy to będzie publicznie, czy nie. Natomiast musi być prowadzony zapis. Aby potem ktoś nie rozgłaszał, że Berczyński powiedział, iż samolot buduje się z gliny czy coś podobnego. Niestety nie mamy takiego zaufania do zespołu pana Laska, żeby być pewnym, że niczego nie przekręcą.
Kolejny warunek stawiany przez Macieja Laska to wcześniejsze przedstawienie dowodów na potwierdzenie Panów stanowiska.
– Co do mnie, to miałem wystąpienie na konferencji smoleńskiej w październiku, które jest łatwo dostępne, niedawno wyszły też wszystkie referaty w druku. Czego oni jeszcze chcą? Są tam zdjęcia pochodzące z raportu Millera, które ja omawiam, wszystko szczegółowo opisując: ile jest nitów, jak zerwane itd. Potem są dość proste obliczenia, które można wykonać na dowolnym komputerze przy użyciu prostego arkusza kalkulacyjnego. Ma taki pracownia komputerowa w każdej szkole średniej. I jest bibliografia wszystkich danych o właściwościach materiałów, na jakie się powołuję. Ale mogę to wszystko jeszcze raz powtórzyć. A nawet pomnożyć na tablicy. Tak samo Nowaczyk. Analizował materiały komisji Millera, a więc ich materiały. Te analizy są również publicznie dostępne. A więc jakie dowody? To pan Lasek powołuje się na dane rejestratorów, które są utajnione.
O czym chciałby Pan porozmawiać z zespołem Laska?
– Chciałbym ich przede wszystkim zapytać o rysunki techniczne samolotu. Żebym nie musiał zgadywać, gdzie jakie są grubości, jakie są nity, i podobnych informacji. Żeby mi powiedzieli, że to, co widać na zdjęciu, to jest ta część z określonego rysunku, na którym są wszystkie wymiary. Wtedy mogę wykonywać dokładne obliczenia, takie jak robiłem przez lata w Boeingu. Wtedy potrafiłbym powiedzieć, jaka siła wystąpiła podczas katastrofy, z dokładnością do kilku procent. Bez tych rysunków cała dyskusja techniczna jest bezprzedmiotowa. Oni te rysunki muszą mieć. A jeśli nie mają, to znaczy, że nie są profesjonalni. Żaden inżynier nie będzie rozmawiał bez rysunków technicznych i danych materiałowych. Bez nich jest tylko zgadywanie i przybliżanie. My na razie jesteśmy na to skazani. Na Zachodzie takie dane można byłoby łatwiej zdobyć niezależnie, w Rosji niestety wszystko jest tajne.
Ustalenia zespołu parlamentarnego są zupełnie odmienne niż komisji Millera. Wierzy Pan, że da się do czegoś przekonać drugą stronę?
– Niestety nie. Oni są nastawieni na pewien punkt widzenia i trzymanie się swojej wersji. Co bym nie powiedział, będą szukali dziury w całym, jakiegoś wyjścia, żeby wyszło na ich. Zaangażowali w to cały swój autorytet, kariery itd. Zmiana zdania to byłoby nawrócenie. Trudno mi w nie uwierzyć.
Nie boi się Pan, że to oni przekonaliby Pana do swoich racji?
– Szczerze mówiąc nie. Wiem, co mówię. Znam się na konstrukcjach lotniczych. Statki powietrzne, których wytrzymałość materiałów obliczałem, istnieją i latają. Boeing po coś mnie trzymał przez ponad 20 lat. Ale to nie tak, że ja się jakoś uparłem i będę szedł w zaparte. Jeśli pokażą mi jakieś całkiem nowe elementy tego zdarzenia, z których będzie wynikało coś zupełnie innego niż z dotychczas dostępnych faktów, to je oczywiście wezmę pod uwagę. Staram się być szczery i otwarty. Nie wykluczam, że są jakieś fakty, o których ja nie wiem. Ale te, o których wiem, nie dają się wytłumaczyć inaczej.
Maciej Lasek w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” wymienił całą listę swoich studiów i szkoleń, na potwierdzenie posiadanych kwalifikacji. Z drugiej strony zarzuca Panom brak podobnych kompetencji.
– Skończyłem politechnikę na wydziale mechanicznym, zrobiłem doktorat z metody elementu skończonego. Dwa lata byłem w koncernie Canadair, miałem tam kursy na temat zniszczeń wypadkowych. Potem pracowałem w Corpus Christi w Teksasie. Tam jest największa w USA baza naprawcza armii amerykańskiej. Badałem tam m.in. helikoptery po katastrofach. Ocenialiśmy ich uszkodzenia, żeby zdecydować, czy warto je naprawiać w ramach ASCOM (Army Service Command). Widziałem też statki powietrzne zupełnie rozbite. Nie mam kompleksów.
W tym samym wywiadzie przewodniczący zespołu ds. wyjaśniania raportu Millera wypowiada ocenę, że w środowisku specjalistów lotniczych ten dokument nie jest kwestionowany. Co Pan o tym sądzi?
– Prawdę mówiąc, mało kto w ogóle zna ten raport i się nim interesuje. Jakby się rozbił samolot prezydenta Argentyny w Brazylii, to czy w Polsce ktoś będzie analizować szczegóły tej katastrofy? A to są państwa większe od Polski. Władze amerykańskie zapewne dobrze wiedzą, co tam się stało, i mają wszystko dobrze zarejestrowane. Taka jest moja opinia. Myślę, że gdy leci samolot z prezydentem i całą wyższą generalicją, to odpowiednie służby amerykańskie wszystko nagrały. Ale tego nie ujawniają, oczywiście z przyczyn politycznych, a nie lotniczych. Natomiast organizacja ICAO nie zajmuje się lotnictwem wojskowym. A nawet gdyby chciała, to działa ona na zasadzie pełnego konsensusu stron. Jeśli dostała ten raport, to jedynie włożyła go na półkę. Nie mają tam żadnych możliwości badania ani oceniania czegokolwiek i nigdy nie będą tego robić. Wiem, bo byłem tam kiedyś ekspertem.
Co z zabezpieczeniem tupolewa przed 10 kwietnia? Nikt jasno nie dementuje doniesień o nieprawidłowościach.
Po opublikowaniu przez "Nasz Dziennik" cytatów z przesłuchania funkcjonariuszy BOR przez prokuraturę w śledztwie dot. katastrofy smoleńskiej prokuratura wojskowa wydała oświadczenie, w którym informuje, że nieprawdą jest iż, w 2013 roku prowadzono dodatkowe przesłuchania w tej sprawie. Jednak nie odniosła się zupełnie do sedna artykułu, który mówił o tym, że BOR nie przeprowadził w sposób rzetelny zabezpieczenia pirotechnicznego tupolewa, omijając niektóre elementy samolotu.
W związku z enigmatycznym oświadczeniem NPW zwracamy się do Biura Ochrony Rządu:
wPolityce.pl: Jakie działania przeprowadził BOR ws. zabezpieczenia tupolewa, który 10 kwietnia leciał do Smoleńska?
Mjr Dariusz Aleksandrowicz, rzecznik BOR: Przede wszystkim chcę zaznaczyć, że rozmawiałem właśnie z funkcjonariuszami, którzy byli zaangażowani w te czynności. Oni nie mają sobie nic do zarzucenia. Zgodnie ze sztuką statek powietrzny został przed lotem sprawdzony i zabezpieczony. Nic nie wiem na temat przywołanych przez Zenona Baranowskiego w "Naszym Dzienniku" jakichś dodatkowych przesłuchaniach. Koledzy mówią, że nie byli dodatkowo przesłuchiwani. Wszelkich informacji udzielili w prokuraturze i tam mówili o czynnościach BOR. O żadnych dodatkowych czynności nie ma mowy. Nie jest również prawdziwą informacja zawarta w tekście "Naszego Dziennika", jakoby toczyło się jeszcze śledztwo w sprawie fałszerstwa dokumentów wytworzonych w BOR. Z tego, co mi wiadomo, śledztwo w tej sprawie jest już dawno umorzone.
Kiedy dokładnie kontrola pirotechniczna na pokładzie tupolewa miała miejsce?
Przed wylotem.
Bezpośrednio przed, jakoś 10 kwietnia, 9 kwietnia...
Każdorazowo statek powietrzny jest badany przez BOR przed wylotem.
Wiemy, że apteczka techniczna została zamontowana w samolocie dopiero 9 kwietnia. Ona też została sprawdzona? Sprawdzono wszystkie dodatkowo montowane elementy?
Nie jestem upoważniony do tego, żeby mówić o szczegółach prowadzonej kontroli pirotechnicznej na łamach mediów. Koledzy stosowne wyjaśnienia złożyli w prokuraturze.
Sprawdzono wszystko, co zamontowano na pokładzie tupolewa?
Jak powiedziałem na temat szczegółów kontroli pirotechnicznej koledzy złożyli stosowne wyjaśnienia prokuratorowi.
Jak widać po enigmatycznym i niczego nie rozstrzygającym oświadczeniu prokuratury wojskowej mamy równie niewiele wnoszącą wypowiedź rzecznika BOR. Biuro zasłaniając się tajemnicą śledztwa, nie jest w stanie bronić się ws. zarzutu, jaki płynie z artykułu w "Naszym Dzienniku". Wciąż jest więc pod oskarżeniem, że nie dopełniło obowiązków.
Sprawa jest jednoznaczna. Po tekście "Naszego Dziennika" nikt nie jest w stanie zapewnić, że zabezpieczenie tupolewa, którym miała lecieć oficjalna polska delegacja do Katynia, zostało przeprowadzone w sposób rzetelny.
Stanisław Żaryn
i co z tego wynika?przeciez to polska nie potrafi zadbac o swoje sprawy a chcielibyscie zeby ruski dopieli wszystko na ostatni guzik-to kim sie obstawiał prezydent?dziećmi z przedszkola?dajcie spokój z tymi teoriami bombowymi-spójrzcie sie na nasze ręce.by wystartowali wczesniej to by mieli do wyboru i koloru lotnisk zapasowych a tak tylko mogli polegac na bylejakim-bo sytuacja podbramkowa,nie zdążyliby na uroczystość /a czyja wina? lecących samolotem........bo to byli myślący ludzie i tak niekoniecznie musiał być ktoś kto im ten plan układał
i co z tego wynika?przeciez to polska nie potrafi zadbac o swoje sprawy a chcielibyscie zeby ruski dopieli wszystko na ostatni guzik-to kim sie obstawiał prezydent?dziećmi z przedszkola?dajcie spokój z tymi teoriami bombowymi-spójrzcie sie na nasze ręce.by wystartowali wczesniej to by mieli do wyboru i koloru lotnisk zapasowych a tak tylko mogli polegac na bylejakim-bo sytuacja podbramkowa,nie zdążyliby na uroczystość /a czyja wina? lecących samolotem........bo to byli myślący ludzie i tak niekoniecznie musiał być ktoś kto im ten plan układał
Daj spokój, nie ma sensu. To jak kopanie się z koniem. Głębia wiedzy i mądrości macierewiczowych ekspertów jest nieosiągalna dla zwykłych śmiertelników, a jakieś tam prawa fizyki nie staną im na przeszkodzie w demaskowaniu straszliwego spisku. Możesz tłumaczyć, że to co się działo 20 czy 10 metrów nad ziemią nie ma żadnego znaczenia, bo pozamiatane było już kilkadziesiąt metrów wyżej, kiedy przy wyjącym TAWSie nie widząc ziemi walili w dół 8 m/s - dwa razy szybciej niż powinni - a biorąc pod uwagę wznoszący się grunt, to pewnie wtedy było już i ponad 10 m/s (słychać na nagraniu z CVR w jakim tempie nawigator odczytuje wysokość z radiowysokościomierza). To nieważne, bo przecież p. Berczyński, z taką swadą opowiadający o tym jakim to jest ekspertem bo skończył politechnikę (swoją drogą ciekawa to politechnika na której nie wykładają fizyki) i jeszcze nie wywalili go z Boeinga (co biorąc pod uwagę jego powoływanie się na renomę pracodawcy w połączeniu z bzdurami jakie opowiada może się niebawem zmienić), powiedział, że będący na granicy przeciągnięcia samolot pasażerski, który na wysokości paru metrów nad ziemią utracił 20% skrzydła, powinien spokojnie odlecieć i wylądować na lotnisku zapasowym. Zdaje się, że tenże sam as (choć nie jestem pewien, bo nie mogę dziś znaleźć w sieci tej wypowiedzi - chyba dziennikarze poszli po rozum do głowy i przestali publikować takie bzdury) tydzień temu twierdził, że samolot rozpadł się w powietrzu na trzy części i centropłat spadł w pozycji odwróconej a dziób i ogon normalnej. Co z tego, że na zdjęciach ewidentnie widać coś innego (i nagle na chwilę przestały działać prawa fizyki?). Przecież z dużą dozą pewności można powiedzieć, że BORowiki nie sprawdzili bagażnika. Nieważne, że w bagażniku nic nie wybuchło, a pierwszym dużym odseparowanym elementem samolotu był fragment lewego skrzydła, leżący kilkaset metrów od szczątków kadłuba. Przecież Rosjanie nie oddali pistoletów i telefonu. Gdyby sprawa nie byłaby tak poważna, to byłoby to nawet śmieszne. Mnie zastanawia tylko jedno. Czy ci "eksperci" to kłamcy-manipulanci czy zwyczajne bałwany. I wierzcie mi, naprawdę nie mam pojęcia jak to z nimi jest.
dzięki bo ja już miałam podejrzenia że z nami pisze sam macierewicz
bo to tak jest jak sie chce on na ludzkiej krzywdzie politycznie dorobićnieładnie
[cytat]dzięki bo ja już miałam podejrzenia że z nami pisze sam macierewicz
bo to tak jest jak sie chce on na ludzkiej krzywdzie politycznie dorobićnieładnie[/cytat]
Ja nie wiem, może on naprawdę wierzy w to co mówi... Wg mnie trzy rzeczy nie ulegają wątpliwości. Po pierwsze jego tzw. ekspertom brakuje elementarnej wiedzy lotniczej (i mówimy tu naprawdę o podstawach). Po drugie żaden z tychże "ekspertów" nigdy nie brał udziału w badaniu katastrofy lotniczej - w tej dziedzinie nie mają żadnego doświadczenia. A po trzecie i chyba najważniejsze - trudno nie zauważyć, że cały ten zespół stawia całe dochodzenie na głowie. Tzn. wychodzi od tez, które potem za wszelką cenę próbuje udowodnić. Jak jeden pomysł zostaje całkowicie ośmieszony (np. meaconing, od którego zaczęli) to idą w następny. Doskonale widzą, że fakty wskazują na kompletnie inny przebieg wypadków i dlatego całkowicie ignorują dostępne dowody i usiłują kreować własne (np. chwytliwe hasło "pancerna brzoza" albo bajka animowana p. Bieniedy, do której założenia nadal pozostają jego tajemnicą). Ale robią wokół siebie dużo hałasu, a sam Macierewicz ma charyzmę. Więc bez względu na to jak oderwane od rzeczywistości są ich pomysły to mimo wszystko sporo osób je kupuje albo przynajmniej zaczyna mieć wątpliwości...
Kto korzystał z telefonu śp. Lecha Kaczyńskiego po jego śmierci? Rosjanie nie chcą ujawnić. Prokuratura zawiesza śledztwo
Kolejny dowód na skuteczne sabotowanie śledztwa smoleńskiego przez Rosjan. Polska prokuratura nie doczekała się na informacje dotyczących połączeń z telefonu Lecha Kaczyńskiego i musiała zawiesić śledztwo.
Śledztwo dotyczące połączeń z telefonu prezydenta Lecha Kaczyńskiego po katastrofie w Smoleńsku zostało zawieszone - poinformowała w poniedziałek warszawska prokuratura. Powodem zawieszenia jest wydłużające się oczekiwanie na pomoc prawną z Rosji.
Śledztwo zostało zawieszone z uwagi na oczekiwanie na pomoc prawną. Mimo wielokrotnych monitów, strona rosyjska nie odpowiada
- powiedziała prokurator Katarzyna Calów-Jaszewska z Prokuratury Okręgowej w Warszawie. Decyzja o zawieszeniu postępowania - jak dodała - została podjęta tydzień temu.
W listopadzie zeszłego roku prokuratura wysłała do Rosji wniosek o pomoc prawną, w którym zawarto kilka pytań - m.in. zwrócono się o wydruk rosyjskiego operatora telefonii komórkowej z wykazem połączeń zrealizowanych przez numer telefonu należący do Lecha Kaczyńskiego od 10 do 12 kwietnia 2010 r.
Jest to na razie ostatnia czynność do wykonania, ponieważ termin udzielenia odpowiedzi przez stronę rosyjską nie jest znany, wobec tego jest to długotrwała przeszkoda, która uzasadnia zawieszenie postępowania
- zaznaczyła prokurator i dodała, że śledztwo będzie podjęte, gdy przyjdzie odpowiedź z Rosji.
Postępowanie dotyczące połączeń z telefonu prezydenta Lecha Kaczyńskiego 10 kwietnia 2010 r. po katastrofie w Smoleńsku prokuratura podjęła w połowie maja zeszłego roku. Ma ono wyjaśnić, kto mógł użyć tego telefonu. Informacje o "manipulacjach" przy telefonie Lecha Kaczyńskiego 10 i 11 kwietnia 2010 r. w Rosji i odsłuchiwaniu poczty głosowej pojawiły się w mediach rok temu.
W wyniku przeprowadzonych czynności procesowych ustalono, że w dniu 10 kwietnia 2010 r., po katastrofie, miały miejsca dwa połączenia wychodzące: pierwsze o godz. 12.46, a drugie o godz. 16.24 czasu polskiego; a w dniu 11 kwietnia 2010 r. jedno połączenie wychodzące o godz. 12.18 czasu polskiego z telefonu użytkowanego przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego, którego właścicielem była Kancelaria Prezydenta, i były to połączenia z pocztą głosową
- informowała prokuratura wojskowa, która jeszcze w listopadzie 2011 r. wyłączyła ten wątek z postępowania dotyczącego katastrofy smoleńskiej.
Prokuratura rok temu otrzymała oficjalny wniosek Kancelarii Prezydenta RP o ściganie osoby łączącej się z pocztą głosową telefonu prezydenta. Ponieważ aparat był własnością kancelarii, to ona składała wniosek co do przestępstwa kradzieży impulsów. Prokuratura okręgowa otrzymała także materiały i dowody z prokuratury wojskowej oraz ABW - m.in. zapoznano się z trzema opiniami ABW dotyczącymi telefonu L. Kaczyńskiego.
W połowie czerwca zeszłego roku wniosek o ściganie w sprawie "bezprawnego uzyskania dostępu do informacji" z poczty głosowej telefonu złożył także Jarosław Kaczyński. Brat zmarłego tragicznie prezydenta ma w tym śledztwie status "wykonującego prawa pokrzywdzonego".
Sprawa dotyczy "włączenia się w dniu 10 i 11 kwietnia 2010 r. na terytorium Federacji Rosyjskiej przez nieustaloną osobę do telefonu komórkowego Nokia 6310i obsługującego numer abonencki (...) i uruchomienia impulsów na cudzy rachunek na szkodę Kancelarii Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej".
Wyjaśniane jest też, czy doszło do popełnienia przestępstwa uzyskania przez kogoś dostępu do informacji w telefonie lub na karcie SIM dla niego nieprzeznaczonej poprzez przełamanie albo ominięcie elektroniczne zabezpieczeń. Za taki czyn grozi do dwóch lat więzienia.
Wcześniej - w grudniu 2011 r. - stołeczna prokuratura okręgowa odmówiła, z powodu braku cech przestępstwa, wszczęcia śledztwa w sprawie domniemanej kradzieży impulsów na szkodę Kancelarii Prezydenta RP. W maju 2012 r. Prokuratura Generalna poleciła jednak stołecznej prokuraturze apelacyjnej przeanalizowanie tej decyzji. Po analizie prokuratura apelacyjna uznała, że decyzja o odmowie wszczęcia śledztwa była przedwczesna
do kogo pretensje?pojechali polacy i jak przypilnowali swoich interesów a ruskom to na rękę/ale bomby w samolocie i rzekome zamachy to już sobie darujcie bo to nic z pozostawionym telefonem na miejscu katastrofy nie ma wspólnego .przecież w samolocie byli ludzie wysoko postawieni jak mogli pozwolić na takie niedociągnięcia co do wylotu.....
Zespół Laska znów kluczy ws. badań i sensacyjnie przyznaje: to MAK przeniósł statecznik. „By znajdował się trochę bliżej”
Pierwsza konferencja zespołu Macieja Laska w założeniu jej bohaterów miała zaprzeczać „alternatywnym teoriom” dotyczącym przyczyn katastrofy smoleńskiej. „Eksperci” tak się zapędzili w walce z tezami głoszonymi przez naukowców współpracujących z zespołem parlamentarnym (dodając do tego kilka teorii, których poważnie nikt nigdy nie traktował), że nie zauważyli, jak pogrążają sami siebie.
Reporter wPolityce.pl zapytał o badania wraku TU-154M, które rzekomo miała przeprowadzić komisja Millera. Marcin Wikło zacytował Maciejowi Laskowi fragment jego wypowiedzi dla Gazety Wyborczej z listopada 2012 r. Na pytanie, czy „nasi eksperci dokonali oględzin wraku”, szef PKBWL odpowiedział wówczas:
Tak, i to sami, a nie jako osoby towarzyszące Rosjanom. (….) Pobierali też różne próbki. Cały materiał, który tam zebrali, stanowił bardzo ważny element naszych badań.
Zapytany dziś, jakie konkretnie próbki zostały pobrane i gdzie są wyniki tych badań, bo w dokumentach komisji Millera nie ma po nich śladu i kto te próbki zbierał, Lasek stwierdził:
Próbki zbierały osoby, które znajdowały się między 10 a 23 (kwietnia - przyp. red.) w Smoleńsku. Wszystkie materiały i ekspertyzy, które na tej podstawie zostały sformułowane, znajdują się w dokumentacji i archiwum inspektoratu MON ds. bezpieczeństwa lotów. Ja chciałem tylko jedną rzecz przypomnieć, że tak, jak wcześniej powiedziałem – choćby ilość dokumentów, na których bazowała komisja, w materiałach, które się publikuje, publikuje się tylko te informacje, które są potrzebne do udowodnienia i wskazania, jaka była przyczyna i zalecenia profilaktyczne. Musimy o jednej rzeczy pamiętać – w Smoleńsku ten wypadek formalnie badał Międzypaństwowy Komitet Lotniczy. Natomiast szeroka grupa naszych ekspertów, która tam była, zebrała takie dokumenty, które pozwoliły pomimo niewłaściwej jak państwo doskonale wiecie, współpracy strony rosyjskiej, zwłaszcza w późniejszym okresie i braku skuteczności zapytań choćby skierowanych ze strony akredytowanego przedstawiciela, na zebranie materiału, który w 100 proc, pozwolił na wskazanie właściwej przyczyny i profilaktyki.
W obliczu niejasnej odpowiedzi, Lasek dopytany, czy wśród pobranych rzekomo przez polskich ekspertów próbek były próbki samolotu i czy były badane w Polsce, Lasek niespodziewanie wypalił:
Warto by było takie pytanie zadać nam na piśmie, my odpowiemy. I skonsultujemy się w tym zakresie również z kolegami, którzy w tej chwili pracują w inspektoracie MON ds. bezpieczeństwa lotów.
Czyżby Maciej Lasek jednak nie wiedział, czy pobrano próbki samolotu i czy były one badane w Polsce? Doskonale wie, że nic takiego nie miało miejsca. Uporczywe twierdzenie bądź nawet sugerowanie, że na zlecenie komisji Millera przeprowadzono w Polsce jakiekolwiek analizy laboratoryjne elementów samolotu jest zwykłym kłamstwem.
Jeszcze ciekawsza była odpowiedź na kolejne pytanie reportera wPolityce.pl o zdjęcia satelitarne z 11 i 12 kwietnia:
Tam widać pewną różnicę – dosyć duży element samolotu jest przemieszczony – chodzi o statecznik – o 50 metrów. Czy można to w jakiś sposób wytłumaczyć?
- pytał Marcin Wikło, a Piotr Lipiec, członek byłej komisji Millera, oznajmił:
Mogę tylko potwierdzić, że ten statecznik faktycznie, zgodnie z informacjami od kolegów, którzy byli na miejscu, został faktycznie przeniesiony z rejonu drogi, bliżej miejsca upadku samolotu.
To sensacyjne potwierdzenie. Po raz pierwszy członkowie komisji rządowej przyznali, że ktoś manipulował rozmieszczeniem szczątków samolotu i w ogóle się tym nie zajęli!
W dalszej części konferencji Lipiec dodał w tej sprawie rzecz jeszcze bardziej zdumiewającą:
Pytanie o statecznik myślę, że należałoby skierować do MAK-u, bo właśnie zespół MAK-u przenosił ten statecznik.
Powtórzmy za ekspertem komisji Millera: zespół MAK przenosił szczątki samolotu! Bez jakichkolwiek konsultacji ze stroną polską. Rzecz karygodna i nie mieszcząca się w standardach badania wypadków lotniczych. Dlaczego MAK to zrobił? Jedyne logiczne wyjaśnienie nasuwa uzasadnione podejrzenie o chęć dokonania jakiejś poważnej manipulacji jednym z najważniejszych dowodów. Ale i na to komisja Millera ma wytłumaczenie:
Przesunięcie statecznika w przypadku takk ogromnego materiału dowodowego nie miało na nic wpływu. (…) Nie umiem odpowiedzieć na pytanie, czemu miało służyć – prawdopodobnie chodziło o zmniejszenie terenu, na jakim miała pracować komisja.
(…) Był (statecznik – przyp. red.) jedynym elementem, który znajdował się daleko. Więc prawdopodobnie – to jest przypuszczenie – przeniesiono go, by znajdował się trochę bliżej
- beztrosko dodał Piotr Lipiec.
Ludzie, którzy wygadują takie rzeczy – „przeniesiono go, by znajdował się trochę bliżej” – są podstawowymi ekspertami polskiego rządu od wyjaśnienia największej tragedii powojennej Polski. Usprawiedliwiają fałszowanie dowodów (rozmieszczenie szczątków nim jest) i bezradnie przyznają, że tak naprawdę nawet nie pomyśleli o zrobieniu tego, co było ich podstawowym zadaniem.
To kolejne potwierdzenie, że badanie katastrofy smoleńskiej trzeba zacząć praktycznie od nowa.
Marek Pyza
no to niech zaczną od początku a nie jakimiś chorymi i dziwnymi teoriami ludziom nabijają głowę-jedna katastrofa a kilkanaście wersji ale to tylko w polsce może się zdarzyć,aby się patrzą jak zdobyć stołek polityczny a uczciwości zero bo to się nie opłaca
Ewa Kochanowska: Pan Lasek powinien wreszcie zejść z drzewa i zająć się poważnymi badaniami
Od samego początku absolutnie nie mogę się zgodzić z ustaleniami ani przyjąć pewnych twierdzeń komisji MAK, Millera bądź zespołu pana Laska, gdyż te teorie urągają zdrowemu rozsądkowi – mówi „Naszemu Dziennikowi” wdowa po śp. Rzeczniku Praw Obywatelskich. Ewa Kochanowska komentuje odpowiedzi szefa PKBWL na pytania Grzegorza Januszki, ojca śp. Natalii Januszko. Portal wPolityce.pl opublikował je jako pierwszy.
Jak mówi, korespondencja ze strony Macieja Laska ją zaskoczyła. W tym kontekście wymienia m.in. argument, że w Smoleńsku nie było wybuchu, bo paliwo się nie zapaliło.
To jest, delikatnie mówiąc, troszeczkę naiwne twierdzenie, bo nawet ja posiadam już tak podstawowe wiadomości, że paliwo w samolotach jest bardzo mocno schłodzone i nie bardzo skłonne do wybuchania. Widzieliśmy na zdjęciach, że nie było niebezpieczeństwa wybuchu tego paliwa, bo nawet strażacy stali na miejscu katastrofy z zapalonymi papierosami w ręku.
Wdowa po RPO ma nadzieję, że wreszcie dojdzie do spotkania ekspertów rządowych z naukowcami współpracującymi z zespołem parlamentarnym. Ale do tego potrzebny jest jeden, podstawowy, jej zdaniem warunek – „pan Lasek powinien wreszcie zejść z drzewa”.
Ta nieszczęsna brzoza jest bardzo „bohaterska”, rzecz jasna, usiłując się za wszelką cenę dostosować do wszystkich wobec niej oczekiwań. Czyli nie może być za wysoka – gdyż znajduje się na podejściu do pasa startowego. Nie może być też za niska – bo okaże się, że samolot przyziemił przy tym drzewku i nie mógł wzbić się i wykonać półbeczki (której zresztą nie wykonał). Nie może być wreszcie za cienka – bo się okaże, że nie dałaby rady złamać skrzydła tupolewa, stąd dodatkowo musi być jeszcze, oczywiście, pancerna. I to są rzeczywiste powody, dla których tak trudno ją zmierzyć.
Bo jeśli się wyjmie z badania przyczyn katastrofy tę nieszczęsną historię z brzozą, to wiadomości, które posiadam, układają się dosyć spójnie i logicznie (rozpad samolotu i układ jego szczątków, rozczłonkowanie ciał, wyniki analiz sekcyjnych itd.)
- mówi Ewa Kochanowska.
Cały wywiad w „Naszym Dzienniku”.
kolejny ekspert Macierewicza?
"Samolot półbeczki nie wykonał" a szczątki odwróciły na plecy krasnoludki z KGB...
przestańcie być ekspertami i nimi nie będziecie-ja już dałam sobie na luz z tą ilością ekspertyz ale patrzyłam na program z kanadyjskim dziennikarzem na temat katastrofy i że to aż z kanady opinia to jak dla mnie najbardziej wiarygodna-bo ona jedna nie ma podtekstu politycznego i dlatego może być prawdopodobna.amerykanie napewno by rozwiali wątpliwości bo tam są najlepsi eksperci od katastrof lotniczych,a u nas każdy swojego gniazdka broni że jest nawet w stanie historie z palca wyssane podstosować
polak potrafi
"Subiektywne" i "nieprzydatne" opinie członków komisji Millera. Prokuratura dyskredytuje ich fonoskopijne ustalenia
Prokuratura Wojskowa nisko ocenia wartość tej wersji odsłuchu rozmów z kabiny pilotów, na którą powołuje się zespół Macieja Laska. „Subiektywna” i „nieprzydatna” – takie określenia znajdują się dokumencie, do którego dotarł "Nasz Dziennik".
Gazeta zwraca uwagę że w licznych publicznych wystąpieniach członkowie komisji Millera i zespołu Macieja Laska próbują prezentować swój odczyt rozmów z kabiny pilotów tupolewa jako w pełni wartościowy i fakultatywny wobec ekspertyzy IES wynik badania. Ale treść postanowienia prokuratury wojskowej o oddaleniu wniosku dowodowego o przesłuchanie w charakterze świadka Macieja Laska, do którego dotarł „Nasz Dziennik” - dowodzi, że tak nie jest. Przynajmniej w przekonaniu prowadzących śledztwo prokuratorów.
Jedynym i obiektywnym źródłem dowodowym, które pozwalałoby na jednoznaczne rozstrzygnięcie co do ewentualnego wpływu Dowódcy Sił Powietrznych, są zapisy środków obiektywnej kontroli lotu – rejestratora dźwięku MARS – BM. Przeprowadzony dotychczas dowód z zapisów pochodzących z tego rejestratora – opinia z zakresu fonoskopijnych badań zapisu dźwięku wydana przez Instytut Ekspertyz Sądowych, nie podaje żadnych okoliczności, które mogłyby uprawdopodobnić tezę o wywieraniu przez gen. Andrzeja Błasika wpływu na pracę i decyzje załogi samolotu
- napisał w dokumencie datowanym na 8 maja br. prokurator referent śledztwa smoleńskiego ppłk Jarosław Sej.
Jak przypomina ND, krakowski instytut w ogóle nie zidentyfikował głosu generała Błasika ani żadnego innego „wyższego dowódcy wojskowego”, w kabinie pilotów. A takie insynuacje formułują członkowie komisji Millera i reaktywowanego ostatnio tzw. zespołu Laska.
Z pewnością, dowód z przesłuchania osoby [Laska – przyp. red.] bądź osób uczestniczących w badaniu zdarzenia lotniczego, która w wyniku przeprowadzonych czynności wysnuła inne wnioski niż opiniujący w niniejszym postępowaniu biegli – specjaliści z zakresu analizy nagrań i mowy – nie byłby przydatny dla poczynienia ustaleń co do tego, czy na dowodowym nagraniu zarejestrowane są wypowiedzi gen. Andrzeja Błasika
– twierdzi prokurator Sej. Jego zdaniem członków komisji nie warto na tę okoliczność przesłuchiwać, bo ich opinie są „subiektywne” i przez to „nieprzydatne”.
Jak przypomina Nasz Dziennik, opinie prokuratora Jarosława Seja to element uzasadniania decyzji o niepowoływaniu na świadka obecnego szefa Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych i wiceprzewodniczącego podkomisji lotniczej w komisji Millera Macieja Laska.
Wniosek o jego przesłuchanie złożył mec. Bartosz Kownacki po wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”, w którym powtórzył on tezę o obecności Błasika w kabinie pilotów. Kownacki jako pełnomocnik bliskich generała domagał się, by prokurator zapytał Laska o szczegółowe podstawy wysuwanych twierdzeń.
ansa/ Nasz Dziennik
Na lotnisko w Latakii dotarły trumny ze zwłokami 32 Poległych żołnierzy . do siedemdziesięcioletniego oczekującego na trumnę swojego syna podchodzi oficer Syryjskiej Armii i pyta: Ojcze jak się nazywa twój syn ? , Starzec odpowiada: Na Boga wszyscy są moimi synami , daj mi jakąkolwiek trumnę abym mógł wrócić do wioski - jego Matka czeka już na niego od trzech miesięcy .. każda trumna ugasi jej pragnienie pochowania Syna
"Nie można wykluczyć wprowadzenia zmian do zapisu, wykonanych w sposób cyfrowy” - stwierdzili biegli FSB analizując zapisy czarnych skrzynek
Kopia nagrań z rosyjskich czarnych skrzynek rządowego tupolewa, którą z Moskwy w 2010 r. przywiózł osobiście Jerzy Miller, jest o 76 sekund dłuższa niż kopia będąca w kwietniu 2010 r. w dyspozycji rosyjskiej prokuratury – wynika z analizy biegłych Federalnej Służby Bezpieczeństwa. W poufnej opinii dla rosyjskiego Komitetu Śledczego FR biegli FSB nie wykluczyli, że doszło do ingerencji w nagranie - informuje "Gazeta Polska Codziennie".
Jak informuje GPC, za telewizją "Republika" - Komitet Śledczy przy Prokuraturze Federacji Rosyjskiej zwrócił się do FSB 26 kwietnia 2010 r. o sporządzenie ekspertyzy fonograficznej nagrań rozmów w kokpicie zarejestrowanych przez czarne skrzynki. Biegli mieli zbadać dane pokładowych rejestratorów, parametrycznego i dźwiękowego. Mieli też odpowiedzieć na konkretne pytania, m.in. jaka jest długość zapisów audio na plikach oraz czy istnieją oznaki montażu na przedstawionych zapisach audio. Jak ustaliła gazeta analizę danych przeprowadzili pracownicy Instytutu Kryminalistyki Centrum Techniki Specjalnej FSB Walerij Didienko, Maksym Iwanow i Aleksandr Iwanow. (Ich ekspertyza nosi datę 15 czerwca 2010 r. i numer 30-F/10. ) Biegli FSB stwierdzają w niej, że nie można wykluczyć, iż nagrania były przemontowywane.
Na zapisach, rozmieszczonych w danych plikach, nie udało się wykryć wiarygodnych oznak ciągłości procesu ich zapisu na odcinkach rozgraniczonych przez ujawnione odcinki z oznakami zmian. Ponieważ oryginały fonogramów lub inne kopie oryginalnych zapisów nie zostały przedstawione, to ustalenie, czy zapisy w przedstawionych plikach zostały wykonane nieprzerwanie, okazało się niemożliwe [...]. Nie można wykluczyć wprowadzenia zmian do zapisu, wykonanych w sposób cyfrowy
– taki fragment dokumentu przytacza GPC.
Mimo to polska prokuratura i Maciej Lasek, szef PKB WL zapewniają, że polskie ekspertyzy nie potwierdzają ingerencji w zapis. Ale, jak zwraca uwagę szef zespołu parlamentarnego ds. zbadania katastrofy smoleńskiej Antoni Macierewicz - strona polska pracowała wyłącznie na kopiach dostarczonych jej przez Rosjan.
– Nie ulega wątpliwości, że eksperci z Rosji i Polski badali różne materiały przedstawiane im przez MAK jako zgodne z oryginałem kopie nagrań z czarnych skrzynek
– podkreśla Macierewicz.
ansa/GPC
Dobre, dobre! Rosjanie mówią, że ktoś (Rosjanie) przerabiał nagrania. A może by tak wreszcie przestać tu cytować GPC i inne szmatławce typu Naszego Dziennika? Kto się fascynuje takimi sensacjami sam je sobie znajdzie.
oto racja gdyby tak było sprawa i tak by wypłynęła na wierzch-takich rzeczy sie nie ukryje
oliwa sprawiedliwa i tak zawsze na wierzch wypływa........czy sie tego chce czy nie dlatego z zamachem to....bujda,bo co miało ujrzeć swiatło dzienne to już ujrzało np.ciała zmarłych
[cytat]oliwa sprawiedliwa i tak zawsze na wierzch wypływa........czy sie tego chce czy nie dlatego z zamachem to....bujda,bo co miało ujrzeć swiatło dzienne to już ujrzało np.ciała zmarłych[/cytat] aleś napisał
"Mamy do czynienia z niebywałą wręcz arogancją władzy". Mecenas Pszczółkowski o twierdzeniach Macieja Laska, że badanie jednej czwartej wraku "nie miało znaczenia". NASZ WYWIAD
Dziennikarze radia RMF.FM dotarli do zdjęć zrobionych przez archeologów, którzy sfotografowali szczątki około jednej trzeciej wraku zmieszane razem z ziemią i trzymane w hangarze na lotnisku w Smoleńsku. Jesienią 2012 r. taki sam obraz zobaczyli polscy prokuratorzy, ale nie mogli przeprowadzić badań poszycia, przewodów i kabli. Gdy dr Maciej Lasek, szef Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych został o tym poinformowany, powiedział, że "nie było potrzeby badania tych szczątków, bo nie miały one znaczenia dla pracy komisji Millera."
O stwierdzeniu, że zbadanie wszystkich elementów wraku samolotu nie jest - według szefa PKBL - ważne do stwierdzenia przyczyn katastrofy rozmawiamy mecenasem Piotrem Pszczółkowskim, pełnomocnikiem części rodzin ofiar tragedii smoleńskiej.
wPolityce.pl: Czy spotkał się pan w swojej karierze zawodowej z takim stosunkiem do materiału dowodowego jaki zaprezentował Maciej Lasek?
Mec. Piotr Pszczółkowski: Nie, nie spotkałem się z takim czymś, ale nie mówię tego jako adwokat, ale jako człowiek, który ma wyższe studia. Wiem jak jest skonstruowany załącznik 13. Konwencji Chicagowskiej, który członkowie komisji Millera przyjęli sobie jako wzorzec do badania katastrofy smoleńskiej. Mam ujemny stosunek do wyboru tej konwencji, bo uważam, że to był zły wybór, bezprawny i merytorycznie zły. Ale skoro już pan Lasek już przywiązał się do tego załącznika, a trzeba wiedzieć, że istotnym elementem tego załącznika służącym poznaniu przyczyn katastrofy jest konieczność rekonstrukcji wraku. A jeżeli rekonstrukcji wraku nie dokonuje się, gdyż jedna czwarta szczątków wraku pozostaje poza zainteresowaniem komisji, no to jest to niepoprawne metodologicznie.
Jeżeli ta wypowiedź dr. Laska jest prawdziwa i nadal podpisuje się on pod wypowiedzią, że ta jedna czwarta wraku nie była im potrzebna, bo oni i tak już wiedzieli jaki był mechanizm przebiegu zdarzenia, to nie jest już to metodologicznie niepoprawne, ale głupie. To jest twierdzenie, które nie daje się już bronić już nie tylko po wyższych studiach, ale nawet po maturze, czy być może także po szkole podstawowej.
Reasumując. Jeśli ktoś wie, że aby się o czymś wypowiedzieć, trzeba najpierw zebrać materiały, przeanalizować je, a następnie określić swój stosunek do tego co się przeczytało, to po pierwsze trzeba mieć do tego zebrany materiał, a po drugie wiedzę. Myślę, że im ta wiedza jest większa, im ktoś jest bardziej wykształcony i pojętny, tym większy szacunek ma do każdego elementu źródłowego, w tym przypadku do tej jednej czwartej wraku.
O czym świadczy takie podejście dr. Laska? Przecież to zakrawa na kpinę i chyba wyrzuca go poza nawias profesjonalistów.
Pierwsze moje skojarzenie jest takie, że coś na rzeczy jest ze sprawą tych esemesów, o których kiedyś mówił gen. Sławomir Petelicki. Esemesy te świadczyły, że są mądrzejsi od dr. Laska i już kilkanaście minut po katastrofie znali oni jej przyczyny.
Drugie skojarzenie jest takie, że mamy do czynienia z niebywałą wręcz – to się nazywało za komuny - arogancją władzy. Ta komisja ma umocowanie w Ministerstwie Obrony Narodowej, też jest jakimś elementem władzy państwowej, więc muszę powiedzieć, że mi się najczarniejsze lata przypominają tej arogancji władzy. Ta arogancja polegała na tym, że władza mogła prezentować zupełnie dowolne twierdzenia, a także mogła oburzać się i obruszać na wszystkie pytania zmierzające do weryfikacji tych niedorzecznych twierdzeń.
Tu jeszcze mamy taką sytuację, że zmieniono prawo lotnicze, co postawiło tych ludzi kompletnie poza prawem, poza weryfikacją. Po zmianie tego prawa nie można członków komisji zapytać dlaczego doszli do jakichś wniosków.
Ci ludzie tworzą – w moim przekonaniu – bardzo uproszczone tezy, absolutnie niechętni są jakimkolwiek polemikom. Na jakiekolwiek pytania odpowiadają na zasadzie „nie, bo nie”. Przeraża mnie i budzi sprzeciw bardzo negatywny stosunek do ludzi, którzy pytają. Ile nowych okoliczności pojawiło się od momentu, gdy powstał raport i został przyjęty. A twórcy raportu twierdzą, że nie podlega on żadnym korektom. Metodologia takiego myślenia poraża. Jeżeli ktoś badał jakąś sprawę i od dwóch lat nie ma dostępu do nowych materiałów, a jednocześnie wiedząc o tym, że takie materiały są pozyskiwane przez inne organy państwa, a nadal mówi, że jego raport jest doskonały i nie wymaga żadnych zmian, to nie da się takiego rozumowania obronić. To jest bezczelność, daleko posunięta arogancja władzy.
Chcę jeszcze jedną rzecz powiedzieć, jak już wspomniałem o tej arogancji. Wyśmiewani w są ludzie, którzy poświęcili bardzo dużo swojego czasu, swojej pracy, postawili do dyspozycji swoje zawodowe doświadczenie, aby wyjaśnić katastrofę smoleńską. Odsądzali od czci i wiary takich ekspertów jak prof. Wiesława Biniendę czy prof. Kazimierza Nowaczyka. Są cały czas dezawuowani.
Kiedyś Włodzimierz Cimoszewicz, którego nie można traktować raczej jako przeciwnika obecnej ekipy, powiedział że państwo polskie podchodzi do kwestii śledztwa smoleńskiego jak do kradzieży roweru. Nie straciło to stwierdzenie na aktualności, prawda?
Biorąc pod uwagę wybór ścieżki prawnej badania katastrofy. Biorąc pod uwagę całkowite désintéressement polskiego rządu, polskiego premiera, polskich organów państwa w pozyskaniu dowodów rzeczowych. Biorąc pod uwagę sposób w jaki prowadzone było śledztwo prokuratorskie, myślę tutaj o niezrobieniu sekcji zwłok, nasze państwo państwo powinno mieć ogromną traumę z powodu zaniedbań i zaniechań. Ci wszyscy ludzie nie tylko nie potrafili swego czasu zapewnić bezpieczeństwa przelotu, właściwym środkiem transportu, na właściwe lotnisko. Ci ludzie nie potrafili zapewnić poprzez Biuro Ochrony Rządu ochrony prezydenta, a później nie potrafili uczcić jego pamięci i do dzisiaj nie mamy w Warszawie jego pomnika. Wszystko to, wraz z badaniem katastrofy smoleńskiej zasługuje na potępienie. Mówię to z pełną odpowiedzialnością.
Prokuratura do dzisiaj nie jest w stanie odpowiedzieć polskiemu społeczeństwu na pytania, dlaczego nie zrobiono tego, co zaraz po katastrofie bezwarunkowo można było zrobić, czyli sekcji zwłok. To jest sprawa, która kompromituje organy państwa przy badaniu katastrofy.
Tak więc słowa Cimoszewicza nie tylko nie straciły na aktualności, ale kwestie, których dotyczyły, spotęgowały się.
Rozmawiał Sławomir Sieradzki
to jest forum dajemy swoje wypowiedzi,a nie artykuły dłu....gie na stronę.napisz co ty myślisz a nie wklejasz wypowiedzi innych,my je znamy
Za każdym razem obiecuję sobie, że nie będę się już udzielał w tym wątku, ale widząc takie piękne zestawienie głupot przekłamań i kłamstw po prostu trudno się powstrzymać. Prawie miesiąc temu prosiłem naszego dyżurnego wklejacza bzdur, żeby nie cytował tu szmatławców, ale widać to silniejsze od niego :) Podpisuję się pod poprzednim postem - forum służy do dyskusji, a nie wklejania cudzych tekstów. Jeśli masz coś do powiedzenia to pisz, a nie chowaj się za cudzymi wypowiedziami.
A teraz jeszcze rozwinę (mam nadzieję krótko) swoją opinię z pierwszego zdania.
1/ Głupoty
a) Stan szczątków: czyste - źle (bo umyli - skąd ta pewność biorąc pod uwagę że tyle miesięcy leżały nieosłonięte - nie wiem), brudne - też źle
b) Podstawa prawna (zał. 13 do Konwencji Chicagowskiej) - może coś mi umknęło, ale jakoś nie słyszałem by ktokolwiek zaproponował bardziej adekwatny dokument. Krytykować łatwo. Zaproponować alternatywę znacznie trudniej - nawet po 3 latach.
2/Manipulacje
a) "Polityczne" umocowanie PKBWL i dr Laska jako jej przewodniczącego - oskarżenie to brzmi wyjątkowo groteskowo w ustach rzecznika PiS i przedstawicieli tzw. komisji Macierewicza składającej się wyłącznie z przedstawicieli tejże formacji politycznej i bazującej na opiniach tzw. "ekspertów", z których żaden nigdy nie brał udziału w wyjaśnianiu przyczyn katastrofy lotniczej, a jedynie (Berczyński) jeden ma jakikolwiek (choć nadal niejasny, bo jego wypowiedzi całkowicie temu przeczą) zawodowy związek z lotnictwem. O doświadczeniu dr-a Laska (który wszedł w skład PKBWL 7 lat przed katastrofą smoleńską) w obu tych dziedzinach nie będę pisał, bo łatwo to sobie wygooglać.
b) Odtworzenie wraku jako metoda badania katastrof lotniczych (będę o tym jeszcze pisał w części "kłamstwa") - jest stosowane niezwykle rzadko. Ja osobiście wiem o dwóch takich przypadkach (TWA 800 oraz PanAm 103), być może jest ich nieco więcej, ale to i tak promil prowadzonych psotępowań. Co łączy obie te katastrofy? Ano to, że zapis na tzw. czarnych skrzynkach urwał się w trakcie normalnego lotu (gdy wszystkie parametry były w normie a rozmowy załogi nie dawały podstaw do przypuszczeń o ewentualnym błędzie w pilotażu). Takiej rekonstrukcji nie przeprowadza się jeśli katastrofę da się wyjaśnić innymi metodami - a w ogromnej większości przypadków wystarczą do tego rejestratory (np. słynny AF 447 czy Northwest 255).
2/ Kłamstwa
a) Dostępność szczątków przechowywanych w hangarze. Przede wszystkim o tych pozostałościach wiadomo było od samego początku. Były one składowane na płycie lotniska w Smoleńsku w pewnym oddaleniu od największych fragmentów rozmieszczonych na tzw. obrysówce i posortowane (elementy hydrauliczne, elektryczne, fotele, itd.). Zdjęcia niektórych tych elementów znajdują się w załączniku nr 5 do raportu końcowego.
b) Załącznik 13 do Konwencji Chicagowskiej - cytowany powyżej pan Pszczólkowski mający podobno wyższe studia (gratulacje) mówi, że zna konstrukcję tegoż dokumentu. Ośmielę się publicznie stwierdzić że kłamie. Oto link:
http://www.icao.int/safety/AirNavigati on/NationalityMarks/annexes_booklet_en.p df
Proszę o pokazanie mi palcem gdzie w tym dokumencie jest mowa już nawet nie o wymogu rekonstrukcji wraku ale w ogóle o takim postępowaniu. Jeśli przeoczyłem to odszczekam hau-hau. Ciekawe czy panowie Pszczólkowski i Sierakowski również.
I ostatni komentarz: dla ludzi mających jakiekolwiek pojęcie o lotnictwie w tej katastrofie nie ma absolutnie nic tajemniczego a zapisy FDR i CVR są całkowicie jednoznaczne (błędy w podejściu, rozpoczęcie odejścia na wysokości 20 m nad ziemią w zagłębieniu terenu) i nie pozostawiają żadnego miejsca dla teorii spiskowych. To właśnie dlatego PKBWL żąda jakichkolwiek dowodów na poparcie "wybuchowych" hipotez.
Wklejacza cytatów (i wszystkich zainteresowanych) zapraszam do dyskusji i ponownie proszę o zaprzestanie uciążliwego dla forumowiczów zaśmiecania wątku.
Ciekawe prorządowe podejście,cokolwiek co podważa narrację tzw Komisji Millera jest zaśmiecaniem wątku.Swoje wyjaśnienia "EKSPERCIE"zacznij od sławnego smsa dnia (dzień katastrofy)TO WINA PILOTÓW!Palikota bluzgającego na śp Lecha Kaczyńskiego oraz inne ofiary katastrofy(przemysł pogardy w najjaskrawszym wydaniu)kłamstwa posła Niesiołowskiego dotyczące ekshumacji śp Janusza Kurtyki,piszesz z zachwytem nad tzw ekspertem Laskiem(8.5 tyś mieś z kieszeni podatników za podtrzymywanie narracji komisji Millera)skoro odsyłasz zainteresowanych do interenetu w celu sprawdzenia kwalifikacji Laska,to sprawdź CV dr.inżynierii mechanicznej,profesora,wykładowcę University of Akron w Ohio WIESŁAWA BINIENDĘ. Napisz w jaki sposób komisja zajmująca się katastrofą nad Lockerbi doszła do prawdy?NIC NIE JEST WYJAŚNIONE,MOŻE DLA TAKICH JAK TY,ALE DLA SPOREJ CZĘŚCI SPOŁECZEŃSTWA,NIE JEST!!(mam małą prośbę przestańcie już obrażać pana posła A.Maciarewicza,ja wiem,że co drugi w Przasnyszu ma większe zasługi w walce z czerwoną dyktaturą)
pisanie bajanie,a logiki brak macierewicz to ostatnia osoba która by miała cos konkretnego do powiedzenia bo rodzinom ofiar wcale sie nie dziwie
najlepsze bajki opowiada Lasek za publiczne pieniądze,logika była pierwszego dnia-TO WINA PILOTÓW,przekopanie ziemi na metr i jej przesiewanie,sekcje zwłok?jakie były okazało się,TO JEST DLA CIEBIE LOGIKA!!!
Doktorze Lasek, DON’T SINK, DON’T SINK! Wyjątkowa bezczelność szefa rządowego zespołu
Wczorajsza wypowiedź doktora Macieja Laska dla TVP Info wpisuje się w najbardziej parciany nurt kampanii wymierzonej ogólnie przeciwko pilotom 36 splt, a załodze śp. majora Protasiuka w szczególności. Jest ona tak kuriozalna, że nie sposób przejść nad nią do porządku dziennego. I to z kilku względów.
W rozmowie z TVP Info doktor Lasek stwierdził [1]:
„od 2008 roku do katastrofy urządzenie zapisało aż 125 alarmów TAWS (chodzi o system ostrzegający o nadmiernym zbliżaniu się do ziemi- przyp. M.D.), generowanych, gdy samolot nieprawidłowo podchodził do lądowania”.
Ta wypowiedź jest prymitywną próbą wmówienia niezorientowanym odbiorcom nieistniejącego związku „włączony alarm TAWS = nieumiejętność lądowania”.
CZY 125 RAZY NIE UMIELI LATAĆ?
Sprawa jest oczywiście o wiele bardziej skomplikowana, niż próbuje to przedstawić Lasek, który sam, jako czynny pilot, powinien mieć świadomość, że po prostu bezczelnie kłamie – chyba, że nigdy nie używał TAWS-a- ale, jeśli tak, to jakim prawem feruje wyroki w sprawach, o których nie ma pojęcia?
Alarm TAWS może np. włączyć się w wyniku usterki awioniki, na ustabilizowanej ścieżce, zaś sam system generuje sygnały o różnym stopniu ważności, na które reaguje się w różny sposób. Pomijam już szczegół, że „krzyk” systemu TAWS jest zupełnie normalny w okolicy lotnisk wojskowych, których nie ma w bazie danych systemu. Nie ma zaś dlatego, że kolejni Ministrowie Obrony Narodowej przez kolejne dekady nie podjęli decyzji o wyasygnowaniu góra kilku tysięcy dolarów na zakup rozszerzonej bazy.
DOKTORA LASKA PŁYWANIE PO TEMACIE
Byłoby jednak wyjątkową złośliwością wypominanie doktorowi, że po zapoznaniu się z dokumentacją 36.splt nie wie, iż w polskich tupolewach TAWS potrafił włączać się notorycznie po starcie (tak, panie doktorze, PO STARCIE, a nie przed lądowaniem!) – choćby z Bagram, w bardzo trudnym terenie i rozrzedzonym powietrzu. W jednym ze znanych mi przypadków TAWS włączył się z powodu awarii autopilota. Standardowo generował także alarmy w lotach treningowych w czasie odejść na drugi krąg, kiedy samolot zgodnie z procedurami oddalał się w górę od ścieżki ILS (GLIDESLOPE). A takich odejść mogło być kilka w jednym locie treningowym - wg narracji Laska te wszystkie ćwiczone odejścia to błędy załogi! TAWS potrafił wreszcie włączyć się wtedy, gdy maszyna (zgodnie z rozkazem i planem lotu) musiała wylądować na pasie o długości mniejszej niż przewidują cywilne normy, i należało w końcówce lotu tak zmienić prędkość opadania, aby idealnie trafić w próg, a nie miejsce oddalone od niego o 300 metrów, aby nie „przesmarować” i nie zatrzymać się poza pasem z uszkodzonym podwoziem. Piloci wojskowi byli zmuszeni do nauczenia się i stosowania manewrów, które cywilom - takim jak doktor Lasek - po prostu się nie śniły.
Porażająca skala niekompetencji, która wychodzi z cytowanej wypowiedzi Laska każe poważnie zastanowić się, czy komisja w ogóle analizowała poszczególne przypadki włączenia się TAWS, czy tylko bezmyślnie spisała liczbę „125” z dostępnej dokumentacji 36 splt i na podstawie własnej niewiedzy, ewidentnie złej woli oraz politycznego zapotrzebowania wydała ustami swojego przewodniczącego wyrok na całą eskadrę.
Idąc tokiem rozumowania doktora Laska, włączenie się w pilotowanym przez niego samolocie podczas przelotu przez turbulencje alarmu TAWS WINDSHEAR („uskok wiatru”) lub wykonanie odejścia na drugie zajście w ścieżce ILS musiałyby skutkować jednoznacznym wnioskiem, że sam doktor po prostu nie potrafi latać. Niech więc i tak będzie. Bo na to, że Maciej Lasek potrafiłby stutonową maszyną przemknąć między afgańskimi górami, i tak raczej liczyć nie możemy. Jednak jego stwierdzenie o „niskim standardzie wykonywania lotów” przez załogi 36 splt w kontekście powyższych informacji jest wyjątkowo bezczelne.
JEDEN TAWS INCYDENTU NIE CZYNI
Przyjmijmy jednak na chwilę, że Lasek ma rację, i polscy piloci tupolewów jak rasowi kamikaze notorycznie kozaczyli przed lotniskami, nawet tymi, które w bazie danych się znajdują. A jeśli tak, to równie dobrze o tym, co robili piloci, wiedziała miejscowa kontrola ruchu lotniczego i służby bezpieczeństwa lotów, profesjonalne i nienawykłe do zamiatania ułańskich incydentów pod dywan. W lotnictwie, o czym Lasek najwyraźniej wybiórczo zapomniał, obowiązują procedury, i łatwo z niezależnych źródeł sprawdzić, ile z tych 125 alarmów TAWS, o których wspomniał, rzeczywiście oznacza incydenty lotnicze, a w szczególności- zagrożenia bezpieczeństwa lotu.
W razie zauważenia potencjalnego naruszenia bezpieczeństwa przez załogę polskiego tupolewa, odpowiednie służby z lotniska, w okolicy którego zauważono takie wątpliwe zachowanie, obligatoryjnie przesyłały odpowiedni raport do polskiego Urzędu Lotnictwa Cywilnego. Oznacza to, że każde złamanie przepisów, o którym mówi Lasek, zostawiłoby swój ślad nie tylko w Polsce, ale i za granicą. A ponieważ za granicami Polski doktor nie ma monopolu na dawkowanie informacji, możemy mieć nadzieję, że ktoś skutecznie sprawdzi, jakie to naruszenia procedur miały miejsce w Paryżu i Tel-Awiwie, a niewykluczone, że i w innych ze wspomnianych 125 przypadków.
SĘDZIOWIE WE WŁASNEJ SPRAWIE
Raport, który trafiał do Urzędu Lotnictwa Cywilnego, był kierowany dalej do Sił Powietrznych, do Inspektoratu MON ds. Bezpieczeństwa Lotów, kierowanego przez… prawą rękę doktora Laska w Komisji Millera, podpułkownika (obecnie pułkownika), Mirosława Grochowskiego. W każdej takiej sprawie należało wszcząć postępowanie, aby potwierdzić lub wykluczyć zaistnienie zagrożenia bezpieczeństwa lotów. Na okoliczność tak otrzymania każdej sprawy z ULC, jak i przeprowadzenia postępowania powinny być ślady w dokumentacji Inspektoratu.
Sam Grochowski co roku kontrolował 36 splt - i chciałoby się zapytać- jeśli wtedy było tak dobrze, dlaczego teraz jest tak źle? I gdzie są ślady tego nieprofesjonalizmu załóg, o którym właśnie teraz rozprawia doktor Lasek, w raporcie KBWL LP, zgodnie z deklaracją Jerzego Millera, „bardziej bolącego” niż raport MAK?
PROBLEMY, PROBLEMY
Dowódcy 36 splt wielokrotnie[2] monitowali szefostwo Techniki Lotniczej Inspektoratu Wsparcia SZ o dostarczenie przetłumaczonych na język polski uaktualnionych rosyjskich instrukcji do Tu-154M, dostosowanych do wyposażenia awionicznego polskich maszyn (np. w rosyjskich instrukcjach i ich używanym w pułku polskim odpowiedniku pochodzącym z PLL „LOT” nie zawarto procedur związanych chociażby z systemem TAWS, a także wieloma elementami zachodniego wyposażenia nawigacyjnego, których nie zawierała oryginalna dokumentacja OKB Tupolew). Notoryczny brak paliwa, także niezawiniony przez personel 36 splt, powodował konieczność wykorzystywania każdego fragmentu lotu dyspozycyjnego, w którym na pokładzie nie było pasażerów, do celów szkoleniowych- a co za tym idzie, pojawiały się biurokratyczne problemy ze spełnieniem wymogów pochodzącego jeszcze z lat 70-tych XX wieku systemu szkolenia, opracowanego dla samolotów bojowych, w ogóle nie uwzględniającego specyfiki lotnictwa transportowego.
W takim „kontekście sytuacyjnym” była zmuszona działać jednostka, o której teraz doktor Lasek ex cathedra wypowiada się w sposób lekceważący i widzi w niej całe zło.
Dopóki jednak nie zwróci on publicznie uwagi na faktycznie winnych braku finansowania rzeczy najbardziej niezbędnych do normalnej pracy personelu jednostki (np. paliwo, części zamienne) – a więc konkretnych posłów na sejm, uchwalających budżety MON, oraz kolejnych Ministrów Obrony Narodowej, i wreszcie nie wskaże imiennie odpowiedzialnych z najwyższych szczebli władzy - pozostanie tylko mizernym propagandystą na politycznych usługach partii rządzącej. Wiedzącym, czego trzeba[3], a czego nie należy dotykać, aby nie narazić się „górze” i nie stracić dostępu do konfitur, do których go dopuszczono z pieniędzy podatników.
NIEWYOBRAŻALNA HUCPA
Kuriozalny występ doktora Laska należy zauważyć także z jeszcze jednego powodu - otóż, powołuje się on na alarmy TAWS zapisane w polskich „czarnych skrzynkach” tupolewów z 36.splt. Cała dokumentacja związana z zapisami parametrów lotu samolotu „101” jest w gestii Prokuratury Wojskowej, a jej udostępnienie lub upublicznienie każdorazowo wymaga zgody prokuratorów prowadzących śledztwo.
Z własnego doświadczenia wiem, że prokuratorzy nie kwapią się do udostępniania żadnych danych środowisku naukowemu, zajmującemu się Katastrofą Smoleńską.
Tym gorzej wygląda w tej sytuacji decyzja śledczych, aby wziąć udział w firmowanym przez doktora Laska propagandowym przedsięwzięciu, polegającym na zarzuceniu całej eskadrze Tu-154M z 36 splt skrajnej niekompetencji – bo takie, niezależnie od intencji prokuratorów, są wyniki decyzji, na mocy której komisja Laska otrzymała od nich informacje z „czarnej skrzynki” Tu-154M „101” dotyczące liczby włączonych alarmów TAWS, a następnie zinterpretowała je w sposób wyjątkowo oszczędnie gospodarujący prawdą.
To żołnierze żołnierzom (nie tylko poległym pod Smoleńskiem, ale i żyjącym pilotom z 36 splt) zgotowali ten los, i warto o tym pamiętać, obserwując tych ludzi w polskich mundurach na kolejnej konferencji prasowej. Ludzi, którzy- jak sami zadeklarowali- nie mają zamiaru ujawnić żadnych szczegółów opinii psychologicznej na temat załogi tupolewa „101”, nawet tych, które byłyby dla tragicznie zmarłych lotników korzystne w obliczu procesu który niedługo ma zacząć się w Rosji - zasłaniając się, a jakże, własną empatią i troską o „dobro rodzin” pilotów.
NIEWYGODNE PYTANIA
Kłamstwo, którym uraczył publiczność doktor Maciej Lasek ma wprawdzie krótkie nogi, ale dokładnej skali bezczelnej hucpy, którą nam zafundował, nie poznamy, dopóki nie otrzymamy odpowiedzi na następujące pytania:
- ile raportów dotyczących możliwego spowodowania niebezpieczeństwa w ruchu lotniczym przez załogi eskadry Tu-154M z 36 splt wpłynęło do Urzędu Lotnictwa Cywilnego w latach 2008-2010?
- ile z nich zostało przekazanych do Inspektoratu MON ds. Bezpieczeństwa Lotów, kierowanego przez płk. Mirosława Grochowskiego?
- ile postępowań w sprawie spowodowania niebezpieczeństwa w ruchu lotniczym przez załogi eskadry Tu-154M z 36 splt w latach 2008-2010 wszczął Inspektorat?
- ile z tych postępowań zakończyło się stwierdzeniem winy personelu latającego?
- gdzie był płk Grochowski, gdy miał osobiście zapoznawać się z ustaleniami specjalnej komórki 36 splt, zajmującej się tylko i wyłącznie analizami możliwych przekroczeń dopuszczalnych parametrów lotu, w tym alarmów TAWS, na podstawie „czarnych skrzynek”, i wtedy, gdy dawał 36 splt pozytywne oceny z bezpieczeństwa, organizacji i zabezpieczenia lotów oraz realizacji szkolenia lotniczego?
- czy płk Grochowski zgadza się z ostatnią narracją doktora Laska, według której wszystkie 125 włączeń alarmów TAWS było równoznaczne z błędami załóg? Czy w związku z zarzutami Laska, który de facto wczoraj udzielił mu 125-krotnego votum nieufności, nie powinien podać się do dymisji ze stanowiska szefa Inspektoratu MON ds. Bezpieczeństwa Lotów, jako człowiek skrajnie nieporadny?
- jeśli zaś takiego znaku równości pomiędzy TAWS-ami a niekompetencją lotników postawić nie można- jaki jest sens marnowania publicznych pieniędzy na ciepłą posadkę dla doktora Macieja Laska- bardziej propagandysty, niż eksperta i pilota?
Dopiero odpowiedź na powyższe pytania unaoczni nam skalę manipulacji, której doktor Maciej Lasek próbuje dokonać, mając najwyraźniej nadzieję na mentalne „wdrukowanie” wyjeżdżającym akurat na wakacje rodakom zbitki pojęć „125 razy krzyczący TAWS = 125 razy błędy niedoszkolonej załogi samolotu = katastrofa w Smoleńsku”.
ODPOWIEDŹ BARDZIEJ NIEWYGODNA NIŻ PYTANIA
Jak się okazuje, do Urzędu Lotnictwa Cywilnego w latach 2008-2010 wpłynęła tylko JEDNA informacja – zawiadomienie o zdarzeniu związana z przekroczeniem procedur bezpieczeństwa samolotów Tu-154M z 36 splt, i to niezwiązana z lądowaniem, lecz niedotrzymaniem wymaganej prędkości wznoszenia po starcie w locie treningowym. W incydencie nie brał udziału śp. major A. Protasiuk. W sprawie incydentu KBWL nie wydała żadnych zaleceń dotyczących bezpieczeństwa lotów.
Jak teraz wygląda doktor Maciej Lasek z jego „„niskim standardem wykonywania lotów” przez załogi eskadry tupolewów 36 splt i 125 alarmami TAWS- niech Czytelnicy ocenią sami.
Marek Dąbrowski
Ten wpis to PIS TO JA MACIEREWICZ.
gratuluję ale jednak prawda w oczy kole widzimy kij w czyimś oku ale w swoim zdzbła nie zobaczymy-panie m......
[cytat]gratuluję ale jednak prawda w oczy kole widzimy kij w czyimś oku ale w swoim zdzbła nie zobaczymy-panie m......[/cytat] pan M kończył studia ale spychologii-problem zepchać na kogoś innego a swojego mleka pod nosem nie widzi,a byłoby go dużo
brawo ostatnie wpisy-prawda przez duże P
[quote=]Ciekawe prorządowe podejście,cokolwiek co podważa narrację tzw Komisji Millera jest zaśmiecaniem wątku.Swoje wyjaśnienia "EKSPERCIE"zacznij od sławnego smsa dnia (dzień katastrofy)TO WINA PILOTÓW!Palikota bluzgającego na śp Lecha Kaczyńskiego oraz inne ofiary katastrofy(przemysł pogardy w najjaskrawszym wydaniu)kłamstwa posła Niesiołowskiego dotyczące ekshumacji śp Janusza Kurtyki,piszesz z zachwytem nad tzw ekspertem Laskiem(8.5 tyś mieś z kieszeni podatników za podtrzymywanie narracji komisji Millera)skoro odsyłasz zainteresowanych do interenetu w celu sprawdzenia kwalifikacji Laska,to sprawdź CV dr.inżynierii mechanicznej,profesora,wykładowcę University of Akron w Ohio WIESŁAWA BINIENDĘ. Napisz w jaki sposób komisja zajmująca się katastrofą nad Lockerbi doszła do prawdy?NIC NIE JEST WYJAŚNIONE,MOŻE DLA TAKICH JAK TY,ALE DLA SPOREJ CZĘŚCI SPOŁECZEŃSTWA,NIE JEST!!(mam małą prośbę przestańcie już obrażać pana posła A.Maciarewicza,ja wiem,że co drugi w Przasnyszu ma większe zasługi w walce z czerwoną dyktaturą)[/quote]
Chyba nie zrozumiałeś próśb o niezaśmiecanie wątku. Nie mam nic przeciwko merytorycznej dyskusji. Nie podoba mi się tylko wklejanie długaśnych cytatów bez żadnych komentarzy. Jeśli chcesz się odnosić do takich opinii to wklej link i napisz co masz do powiedzenia. Jeśli nie chcesz tego komentować to daruj sobie wklejanie. Kto chce ten znajdzie.
W poprzednim poście jasno napisałem, że pan Pszczółkowski kłamie. Skoro wkleiłeś jego wypowiedzi, to chyba jesteś winien czytelnikom forum odniesienie się do tego zarzutu?
I jeszcze krótko odpowiem na to co pisałeś:
1/ Moje podejście nie jest ani pro ani antyrządowe. Uważam, że raport komisji Millera (która w przeciwieństwie do komisji Macierewicza nie jest tworem politycznym) w miarę rzetelnie wyjaśnia przyczyny katastrofy. Brakuje mi tu wyjaśnienia paru niuansów (wcześniej już wspominałem jakich) ale liczę na to, że zajmie się nimi prokuratura.
2/ Zabawy polityczne, bluzgania ani Palikotów ani Kaczyńskich mnie nie interesują.
3/ "Sławny SMS" - trudno się dziwić że pojawiły się podejrzenia o błędzie pilotów, skoro biorąc pod uwagę warunki pogodowe i nędzne wyposażenie lotniska, tej próby lądowania w ogóle być nie powinno... To nieszczęsne podejście samo w sobie było błędem - był nim już w zasadzie sam wylot z Warszawy.
4/ Jeśli chodzi o CV pana Biniedy to interesują mnie wyłącznie jego kompetencje w zakresie lotnictwa i badania katastrof lotniczych. Takowych nie posiada.
5/ O katastrofie w Lockerbie (PanAm 103) wspomniałem w swoim poprzednim poście. Jeśli nie wiesz dlaczego tam dokonano rekonstrukcji wraku (jeden z dwóch takich przypadków) to polecam najpierw poczytać - materiałów jest bardzo dużo. Skoro powołujesz się na Lockerbie to wskaż proszę podobieństwa.
6/ Twierdzę, że poseł Macierewicz nie ma kompetencji w obszarze w którym się wypowiada, bazując na wnioskach niekompetentnych członków komisji, którzy z kolei wyciągają wnioski ignorując fakty albo wręcz wbrew faktom. Jeśli uważasz to za obrazę to tak, obrażam go. Niestety sporej części społeczeństwa zdrowo namieszał w głowach... Cała bieda ze Smoleńskiem polega na tym, że zajmują się nim politycy. A Ci (nie tylko w Polsce) najgłośniej mówią o tym, na czym się najmniej znają (żeby brzmieć przekonująco - stąd zamiast merytorycznych argumentów wzmocnienia emocjonalne: "niesłychane", "haniebne", "niewyobrażalne", "zdumiewające"). Nawet na tym forum ten temat jest w dziale "Polityka".
A fakty są takie: we mgle, grubo poniżej wymaganej widoczności (minima!!!)w nieustabilizowanym podejściu (za szybko, za stromo, z silnikami na zbyt małej mocy) załoga rozpoczęła odejście na drugi krąg w jarze na wysokości 20 m nad ziemią (kilka metrów nad poziomem pasa!!!); na trasie ostatniego kilometra z hakiem pozostały wykoszone drzewa. Rejestratory (jeden odczytany tylko w Polsce) pokazują jasno kiedy ściągnięto stery i dodano mocy, pokazują też rozpaczliwą próbę opanowania pogłębiającego się przechyłu w lewo (sterownica skręcona maksymalnie w prawo). Pokazują też jak do tego wszystkiego doszło. Tu się kończą fakty i pozostaje ich interpretacja. Kto ma jakie takie pojęcie o lotnictwie ten wie, że to co działo się na wysokości 50, 30 czy 10 metrów nie ma już znaczenia, tam się szuka już SKUTKÓW, a nie PRZYCZYN.
Kto chce niech wierzy, jak każe Wódz, w wybuchy i to, że drzewa pościnały krasnoludki z KGB. Ja w krasnoludki nie wierzę.
I jeszcze dwa słowa do kolejnego wklejonego cytatu, tym razem pana Dąbrowskiego (po raz kolejny proszę o niezaśmiecanie forum takimi wpisami - wystarczy link i komentarz).
Jeśli chodzi o TAWS, to niestety dr Lasek ma rację. Jeśli generuje komunikaty "TERRAIN AHEAD" i "PULL UP" a nie widać pasa, to trzeba spier... a potem sprawdzać co poszło nie tak. Podejście zaprezentowane przez pana Dąbrowskiego powoduje, że polskie lotnictwo wojskowe ma mistrzostwo świata i 66% udział w całkowitej liczbie wypadków typu CFIT na samolotach wyposażonych w TAWS (Mirosławiec: wyłączony TAWS - nieprzeszkolona załoga, Smoleńsk: piloci wiedzieli lepiej, rosyjski Sukhoi Superjet z maja 2012: piloci wiedzieli lepiej)... Mało chwalebny rekord... Argumenty o Afganistanach i krótkich pasach nie mają nic do rzeczy - jeśli widzi się pas i teren przed sobą i kontroluje się wysokość i prędkość to TAWS jest zbędny. Wynaleziono go po to, by ratował d... kiedy niewiele widać. A przy lądowaniu na lotniskach, których nie ma w bazie uruchamia się tryb "Terrain Inhibit", który ogranicza generowanie alarmów do sytuacji krytycznych.
I w tym artykule mamy chyba również do czynienia z niezrozumieniem podstawowych tez raportu Millera. To działania załogi doprowadziły do katastrofy, ale w gruncie rzeczy piloci też byli ofiarami - oszczędności w 36 pułku (politycy latać by chcieli, ale zapewnić pieniądze na sprzęt, uposażenia dla pilotów, szkolenia itd. już niekoniecznie - i trwało to już od lat); przymykanie oczu na nieprawidłowości w szkoleniach; przyzwolenie na łamanie procedur (wbrew temu co pisze pan Dąbrowski wcale nie wszystkie takie przypadki są zgłaszane, choćby Jak lądujący w Smoleńsku poniżej minimów przed Tu, czy podobne lądowanie w Gdańsku o którym wspominała załoga Tu w czasie lotu do Smoleńska) i wreszcie chora polityka kadrowa - związana też pewnie z oszczędnościami (kpt. Protasiuk szkolił się na Embraery 170, żeby przejść do cywila...). Jak to możliwe, że loty z VIPami nie są zwieńczeniem kariery i marzeniem pilotów cywilnych, dostępnym tylko dla najlepszych i najbardziej doświadczonych pilotów, a jest wręcz przeciwnie - kto może ucieka, a linie wojskowych pilotów za bardzo zatrudniać nie chcą?
Mogę odpowiedzieć tylko AMEN,nie jedna sprawa,pytasz o podobieństwa z atakiem terrorystycznym nad Lockerbie,otóż takowych nie ma z jednego prozaicznego powodu,WRAK NIE WRÓCIŁ,WIĘC CO CHCESZ PORÓWNYWAĆ? CO BADAĆ?TO CO RUSKI ZE ŚMIECHEM NA USTACH PODRZUCĄ?TO MÓJ OSTATNI WPIS.
[cytat]Mogę odpowiedzieć tylko AMEN,nie jedna sprawa,pytasz o podobieństwa z atakiem terrorystycznym nad Lockerbie,otóż takowych nie ma z jednego prozaicznego powodu,WRAK NIE WRÓCIŁ,WIĘC CO CHCESZ PORÓWNYWAĆ? CO BADAĆ?TO CO RUSKI ZE ŚMIECHEM NA USTACH PODRZUCĄ?TO MÓJ OSTATNI WPIS.[/cytat]
Ale oczywiście, że nie ma żadnych podobieństw z Lockerbie. Jeśli o tym wspominasz, to nie masz pojęcia o czym piszesz. Tam samolot rozpadł się na wysokości przelotowej, zapisy rejestratorów urywały się nagle, wiadomo było że coś wybuchło i trzeba było dojść co i gdzie. W przypadku naszej tutki i FDR i CVR pokazują jasno, że chłopaki wpakowali się w sytuację z którą sobie nie poradzili. Wrak był badany przez naszych nie raz i nie dwa i co z tego? Nie tam są przyczyny a w Warszawie. A że Rosjanie pogrywają? Pewnie że tak! Od dziesiątek i setek lat doskonalili politykę "dziel i rządź". Tak długo jak niektórzy politycy PiS będą grali tą kartą chcąc osiągnąć doraźne polityczne korzyści i jednocześnie ośmieszając Polskę na zewnątrz, a osłabiając i dzieląc wewnątrz, tak długo Rosjanie będą z tego korzystać.
Oba Tu-154M były własnością WOJSKA więc ULC nic do nich nie miał.
[cytat]Oba Tu-154M były własnością WOJSKA więc ULC nic do nich nie miał.[/cytat]
Ale osso chozzi z tym ULC?