29 stycznia jest datą graniczną. Od dziś polskie drogi funkcjonują według nowych zasad – znacznie ostrzejszych, bez taryfy ulgowej i bez „ostatniego ostrzeżenia”. Państwo sięga po środki, które do tej pory kojarzyły się raczej z niemieckim porządkiem prawnym niż z polską praktyką. Ministerstwo Sprawiedliwości nie ukrywa celu: wyeliminować z ruchu tych, którzy traktują prawo jak sugestię, a samochód jak narzędzie popisu.
Największą zmianą jest wprowadzenie do kodeksu karnego nowego przestępstwa: rażącej, niebezpiecznej jazdy. Po raz pierwszy w historii nie trzeba już czekać na wypadek ani ofiary. Wystarczy, że kierowca:
rażąco przekroczy prędkość,
jednocześnie złamie inne zasady ruchu,
i stworzy realne zagrożenie dla ludzi.
To wystarczy, by sprawa trafiła do sądu karnego, a nie do kosza z mandatami. Grozi za to od 3 miesięcy do 5 lat więzienia. Innymi słowy: styl jazdy staje się dowodem przestępstwa, a nie tylko podstawą do pouczenia. (art. 178d kk)
Nowe prawo brutalnie rozprawia się z nielegalnymi wyścigami i ulicznymi popisami. Drift, jazda na jednym kole, celowe wprowadzanie auta w poślizg – wszystko to zostało wrzucone do jednego worka z wyścigami ulicznymi. (art. 115 § 26 k.k.)
Od dziś:
organizowanie lub prowadzenie nielegalnego wyścigu to przestępstwo zagrożone nawet 5 latami więzienia,
uczestnictwo jako kierowca – również,
a nawet „pokaz jazdy” bez rywalizacji może zostać uznany za czyn karalny.
Zniknęła luka, która przez lata pozwalała tłumaczyć się „spotkaniem fanów motoryzacji”.
Spontaniczne spotkania pod marketami czy na parkingach przestają być niewinną rozrywką. Zgromadzenie kilkunastu samochodów bez zgody gminy może skończyć się nie tylko grzywną, ale też karą ograniczenia wolności.
Policja dostaje nowe narzędzia:
mandaty za blokowanie ruchu są wyższe,
odpowiedzialność ponoszą nie tylko organizatorzy, ale też uczestnicy i widzowie,
a „paraliż miasta” może skutkować dodatkowymi sankcjami finansowymi.
To wyraźny sygnał: ulica nie jest miejscem na motoryzacyjne eventy.
Auto coraz częściej traktowane jest jak narzędzie przestępstwa. Przepadek pojazdu staje się realną, a nie teoretyczną sankcją. Od dziś:
przy co najmniej 1,5 promila alkoholu konfiskata jest zasadą,
jazda mimo sądowego zakazu może zakończyć się utratą auta,
jeśli pojazd nie należy do sprawcy – sąd sięga po karę pieniężną, nawet do 500 tys. zł.
To odejście od symbolicznych kar na rzecz uderzenia bezpośrednio w majątek.
Nowe przepisy najmocniej uderzają w kierowców, którzy wielokrotnie łamali zakazy prowadzenia pojazdów. Dla nich system przestaje być elastyczny.
Od 29 stycznia:
kolejne złamanie zakazu może oznaczać dożywotnią utratę prawa jazdy,
minimalna kara finansowa rośnie do 10 tys. zł,
sędziowie tracą możliwość zawieszania kary więzienia.
To odpowiedź na patologię, w której jedna osoba potrafiła zebrać kilkanaście zakazów i wciąż wracać za kierownicę.
Zmiany dotykają również wykroczeń. Właściciele i użytkownicy pojazdów, którzy dopuszczą do jazdy osoby bez uprawnień, nietrzeźwe albo pojazdy niespełniające wymogów technicznych, zapłacą znacznie więcej niż dotychczas. Minimalna grzywna wzrasta do 1000 zł, a sąd może orzec także karę ograniczenia wolności.
Nowe regulacje są bezprecedensowe w swojej surowości. Z jednej strony mają realnie poprawić bezpieczeństwo, z drugiej – budzą pytania o granice represji i ryzyko nadinterpretacji przepisów. Nie bez powodu zapowiedziano ich kontrolę konstytucyjną.
Jedno jest pewne: od dziś kierowca nie jest już traktowany jak ktoś, kogo trzeba najpierw pouczyć. Nowe prawo zakłada, że jeśli ignorujesz zasady – robisz to świadomie. A za świadomość przychodzi zapłacić dużo więcej niż mandat.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Teraz już za krzywy uśmiech mogą zamykać, bo kto będzie decydował o ,,rażącym ,, naruszeniu? On. Jeszcze nie bóg, ale już nie człowiek.
Teraz już za krzywy uśmiech mogą zamykać, bo kto będzie decydował o ,,rażącym ,, naruszeniu? On. Jeszcze nie bóg, ale już nie człowiek.