Reklama

Zamiast miodu z Bartnik – towar z importu? Pszczelarze biją na alarm.

20/04/2026 15:44

Ostatnio nad polskimi pasiekami, w tym nad naszymi lojalnymi , takimi jak „Pasieką Bartniki", zawisły czarne chmury. I nie jest to zapowiedź deszczu, lecz burzy biurokratycznej, która nadciąga prosto z gabinetów Ministerstwa Klimatu i Środowiska.

Pszczelarstwo to nie tylko zawód – to misja, cierpliwość i głęboki ukłon w stronę tradycji. Każdy, kto choć raz zajrzał do wnętrza ula, wie, że panuje tam doskonała harmonia. Niestety, tej harmonii zdaje się nie rozumieć resort klimatu pod wodzą minister Pauliny Hennig-Kloski. Zamiast wsparcia, pszczelarze otrzymują ostatnio sygnały, które brzmią jak ponury żart: pszczoła miodna, symbol pracowitości i fundament naszego rolnictwa, zaczyna być postrzegana jako... zagrożenie dla bioróżnorodności.

Pszczoła na indeksie?

Reklama

Według nowych, kontrowersyjnych założeń, pszczoły hodowlane mają rzekomo konkurować z dzikimi zapylaczami. W efekcie planuje się ograniczenia, które mogą sprawić, że polski miód stanie się towarem deficytowym. W środowisku zawrzało. Nie tylko wielkie organizacje, jak Związek Pszczelarstwa Polskiego, ale i mniejsi pasiecznicy biją na alarm.

– To sytuacja bez precedensu – słyszymy w „Pasiece Bartniki". – Zamiast chronić tych, którzy dbają o ekosystem, próbuje się nam wmówić, że nasza praca szkodzi przyrodzie. To tak, jakby uznać, że sadzenie drzew zagraża lasom.

Reklama

Zaniepokojenie jest tym większe, że polskie pszczelarstwo od lat zmaga się z problemami, o których urzędnicy zdają się zapominać. Masowe zatrucia chemią rolną, zmiany klimatyczne, masowy import produktów miodopodobnych, a teraz – ideologiczne „kłody pod nogi".

Biurokracja wkracza do ula

Zanim jednak ministerstwo uznało pszczoły za „rywali" dzikiej natury, pszczelarzom zaserwowano inną gorzką pigułkę. Mowa o obowiązkowej rejestracji pasiek, która uderzyła nawet w tych najmniejszych hobbystów. Dla kogoś, kto ma dwa lub trzy ule w ogródku, by mieć własny miód dla wnuków, papierologia stała się barierą nie do przeskoczenia.

Reklama

To systemowe rzucanie kłód pod nogi zniechęca młodych i męczy doświadczonych. Zamiast doglądać pszczół, pszczelarz musi dziś ślęczeć nad formularzami, martwiąc się, czy spełnił wszystkie wymogi postawione przez ludzi, którzy pszczołę widzieli zapewne tylko na etykiecie słoika w supermarkecie.

Czyj to interes?

W kuluarach i na forach pszczelarskich coraz głośniej stawia się pytania o sens tych działań. Czy osłabienie polskiego pszczelarstwa to przypadek, czy może realizacja wytycznych, które płyną do nas z Brukseli lub Berlina? Jeśli polski miód zniknie z rynku lub jego produkcja stanie się nieopłacalna, co już się zaczyna dziać, luki te szybko wypełnia towar z importu – niekoniecznie tej samej jakości.

Reklama

Pszczelarze to ludzie twardzi i pokorni, nauczeni przez naturę, że na efekty trzeba czekać. Ale ich cierpliwość ma swoje granice. Głosy żądające dymisji kierownictwa resortu klimatu nie biorą się z politycznych gier, ale z autentycznego lęku o przyszłość polskiej wsi i polskiego stołu.

Dziś w „Pasiece Bartniki" pszczoły jeszcze latają spokojnie. Ale jeśli absurdalne pomysły urzędników wejdą w życie, cisza, która zapadnie nad naszymi polami, będzie miała bardzo gorzki smak. Miejmy nadzieję, że decydenci w porę zrozumieją, że bez pszczelarzy – i ich podopiecznych – nie ma mowy o żadnej „ochronie klimatu".

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo ePrzasnysz.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości